mama, wywiad

10 pytań do #68: Karoliny Grochowskiej-Woźniak

Karolina Grochowska-Woźniak – założycielka i administratorka grupy Herbatka empatka i strony Karolina&Herbatka empatka. Z wykształcenia politolożka, resocjalizatorka. Zawodowo związana z promocją kultury, coachingiem i komunikacją empatyczną.

Karolina Grochowska-Woźniak, fot. archiwum prywatne
Karolina Grochowska-Woźniak, fot. archiwum prywatne

1. Wzięłam sprawy we własne ręce, bo…

Po 40 roku życia postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, bo mocno poczułam, że chcę mówić o sobie prawdę i żyć zgodnie z tym, co mi w duszy gra. Przestać ukrywać swoje „niedoskonałości’, żałować straconych szans z przeszłości i zacząć odważnie sięgać po to, o czym marzyłam. A było to między innymi szkolenie na trenera komunikacji empatycznej w Szkole Trenerów Komunikacji Empatycznej opartej na Empatii, które właśnie kończę. O swoich działaniach i innych przemyśleniach na temat życia zaczęłam regularnie publikować na Facebook’u. Od 7 miesięcy prowadzę tam również grupę „Herbatka empatka”, na której staram się zarażać innych empatią i przekazywać wiedzę na temat komunikacji empatycznej, inspirowanej Porozumieniem bez Przemocy Marshalla B. Rosenberga. Dzięki prowadzeniu tej grupy bardzo się rozwijam i już wiem, że to początek budowania swojej własnej marki pod nazwą ”Herbatka Empatka”.

Dodatkowo właśnie ukończyłam szkolenie na terapeutę TSR (Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach) i będę realizować moje marzenie o pracy jako terapeutka. Odkurzyłam również swój certyfikat ze szkolenia na coacha. Więc dzieje się. W moim kalendarzu oprócz inspirujących mnie cytatów, jest coraz więcej umówionych sesji z moimi klientami 1:1.

2. Dzień organizuję sobie…

w zależności od sytuacji pandemicznej, wstając miedzy 5 a 6 rano, jak jeszcze mąż i dziecko śpią. To jest czas dla mnie. Najpierw medytuję albo po prostu piję kawę, a potem zabieram się za przygotowanie wpisu na swoją grupę „Herbatka empatka”, czasami wychodzę na marsz z kijkami. Po godzinie 7 budzę moją córkę albo wspieram męża w jej budzeniu. Szykuję śniadanie, które jemy razem w trójkę. Odwożę córkę do przedszkola, które jest jakieś 40 minut drogi od naszego domu. Tam ją zostawiam i jadę do biura w centrum Wrocławia, żeby trochę popracować dla kultury. Jeszcze na ćwiartkę etatu pracuję we Wrocławskich Kameralistach.

Mam też czas, żeby zrobić z 2 sesje coachingowe online, jeżeli akurat mam coachee lub przygotowuję się do „lajwa”. Przed 15:00 ruszam po córkę do przedszkola. I to już jest czas dla niej. Czasami zostajemy dłużej na dworze z naszymi przedszkolnymi przyjaciółmi albo wracamy na plac zabaw do Oławy.

W domu czeka mnie proza życia: gotowanie, zakupy, zabawa, próba sprzątania, przygotowywanie się do snu. Jak jest lockdown i przedszkole jest zamknięte, to doba mija w zdecydowanie większym chaosie.

3. Na co dzień napędza mnie…

moja wizja przyszłości jako rozpoznawalnej trenerki komunikacji empatycznej, która dzięki działaniom na „Herbatce empatce” będzie przyciągać ciekawych ludzi i razem z nimi tworzyć empatyczną przestrzeń. Przestrzeń, w której będziemy przekierowywać naszą uwagę na działania wzbogacające życie nasz i innych ludzi. Będziemy mówić odważnie o swoich uczuciach i potrzebach. Co już się dzieje.

Dodatkowo napędza mnie wizja kilkudniowych empatycznych warsztatów w pięknych okolicznościach przyrody, połączonych z różnymi wariacjami relaksacyjnymi dla ciała i ducha. I koniecznie z udziałem gości.

4. Największe wyzwanie w moim życiu to…

pogodzenie różnych ról, jakie pełnię w życiu, między innymi roli mamy i żony, przy jednoczesnej próbie zachowania siebie i swoich zawodowych aspiracji. W moim odczuciu nie da się jednocześnie być w 3 miejscach. Zawsze którąś sferę troszkę się zaniedbuje. Stąd się biorą konflikty wewnętrzne. Bo czasami jest trudno wybrać, czy chce się teraz poświęcić czas w pełni dziecku, czy pilnować swojego interesu i odebrać ten telefon od klienta, czy odpowiadać na komentarze pod postem? Zwłaszcza jak tworzy się coś swojego, co się kocha, to bywa to trudny wybór. Przynajmniej jak dziecko jest jeszcze małe i potrzebuje naprawdę dużo uwagi z naszej strony.

5. W swoim życiu najbardziej cenię sobie…

na pewno zdrowie swoje i swoich bliskich. Oprócz tego cenię możliwości, jakie daje mi to życie i to, że chce mi się je odkrywać, pomimo swojego dojrzałego już wieku. Oczywiście moją rodzinę, która jest moim poczuciem bezpieczeństwa, azylem i wyzwaniem jednocześnie. Ona daje mi największą motywację do tego, żeby się rozwijać, by dawać radę w małżeństwie, czy rodzicielstwie, pomimo.

Cenię przyjaciół, dzięki którym mogę poczuć luz, obśmiać trochę samą siebie i sytuacje, w jakich się znajduję albo zostać przez nich wysłuchaną, gdy czuję się gorzej.

Cenię także Internet i media społecznościowe. Stworzyły one możliwość pokazania się światu, dzięki własnemu profilowi, stronie i grupie. Jest to sposobność mówienia o sobie i od siebie do innych ludzi, jakiej wcześniej nie było.

6. Siłę czerpię z…

pogody ducha, którą zawsze miałam. Z porannej kawy w ciszy, medytacji, z empatii dla siebie, z rozwoju osobistego, z kontaktów z innymi ludźmi. A także z przebywania na łonie natury, z muzyki.

I z macierzyństwa, bo to miłość do dziecka daje mi werwę, pomimo zmęczenia. Dla mojej córki chcę być inspirującym człowiekiem, w kontakcie ze swoimi uczuciami i potrzebami oraz umiejętnością ich wyrażania, żeby ona mogła się też tego uczyć.

Dzieci najwięcej uczą się przez obserwację nas dorosłych, a świat potrzebuje empatii. Odziedziczony przez nas język dominacji, który kiedyś służył królom i potężnym elitom już przestaje większości ludziom odpowiadać. Całe szczęście. Przy obecnej dostępności do różnych form terapii, warsztatów rozwojowych, możliwości inspiracji innymi, w moim odczuciu znajdujemy się właśnie w dużym procesie transformacji. Stare przestaje działać. Kary i nagrody przestają się sprawdzać. Chcemy mówić odważnie, co się dzieje w naszym wnętrzu. Przestać ukrywać swoje ograniczenia i słabości. Słuchać swoich emocji, o czym nas alarmują.
Mówić szczerze i z serca. I tego chcemy też dla naszych dzieci.

7. Gdybym nie robiła tego, co robię teraz…

to bym nadal pracowała dla kogoś i nie wykorzystywała w pełni swojego potencjału, jaki mam. Bo praca dla kogoś zwykle wiąże się z jakimiś kompromisami. Przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia.

8. Na moim „podwórku” brakuje mi…

(Podwórku prawdziwym? Osiedlowym?) ZIELENI I DRZEW. Bliskości parku, rzeki, lasu.

9. Macierzyństwo to…

(Skok w mrok, ha ha. Żart, żart. ;-)) Myślę, że jest to niekończąca się przygoda „bez trzymanki”. Od początku jest dla mnie ogromnym wyzwaniem.

Potrzeby dzieci są tak duże, że jako mama próbując im podołać, nie raz zderzałam się ze ścianą swoich możliwości. Zderzałam się z brakiem sił i odpuszczaniem swoich dotychczasowych idealnych wizji, „co ja temu dziecku zapewnię”, jaką swoją uwagę, nieskończony czas i rozwój.

Macierzyństwo jest godzeniem się na wystarczająco dobre warunki, jakie stwarzam dziecku. Jest dla mnie zrozumieniem, że jak sobie najpierw nie dam maski tlenowej (zgodnie z instrukcją w samolocie), to nie będę w stanie dobrze wesprzeć dziecka.

Jak w tytule książki Agnieszki Stein, do dziecka potrzebna jest CAŁA wioska. Potrzebni są inni ludzie, którzy mnie wysłuchają, jak jest mi źle i pośmieją się ze mną, żeby wspólnie odreagować. Którzy poczęstują nas obiadem albo dobrym słowem. Zapewnią opiekę naszemu dziecku, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Macierzyństwo to też oczywiście ogrom miłości, jaki się z ciebie wydobywa na widok własnego dziecka. To siła, która przychodzi nie wiadomo skąd. Bo poziom zmęczenia i wyczerpania czasami sięga zenitu.

To napęd do działania, dla siebie i swojego dziecka. Dla wspólnej dobrej przyszłości. Właściwie największej odwagi do stanięcia przy sobie, nabrałam po urodzeniu mojej córki. Od tego czasu zaczęła się moja droga do siebie. Na tej ścieżce trafiłam na psychoterapię i inne wariacje rozwojowe. W ciągu ostatnich 4 lat zrobiłam dla swojego osobistego rozwoju najwięcej, jak do tej pory.

10. Macierzyństwo nauczyło mnie…

wytrwałości w niewygodzie, jaka towarzyszyła mi w pierwszych 3 latach życia mojego dziecka, podczas nieprzespanych nocy. To ono nauczyło mnie akceptacji nieprzewidywalności jutra, bo czasami to, co zaplanowałam, nie doszło do skutku, bo dziecko się nagle rozchorowało. Nauczyło mnie empatii do dziecka, siebie i męża. Słuchania swojej intuicji i stawiania na swoim, pomimo krytycznych głosów innych. Nauczyło mnie tego, co ważne w życiu. Czyli drugi człowiek, jego uczucia i potrzeby. Branie ich pod uwagę, bo inaczej nie dadzą ci spokoju. 😉

❤️   ❤️   ❤️

Złota rada, która nie jest radą

Chciałabym powiedzieć mamie małego dziecka, żeby słuchała swojego wewnętrznego głosu. Pytała się siebie, czego tak naprawdę chce? Dla siebie i dla dziecka? Jaka jej potrzeba prosi się o uwagę dziś? Poproś siebie albo kogoś, aby pomógł Ci w realizacji tej potrzeby. Bądź w kontakcie ze swoimi uczuciami i nie bój się zawołać o pomoc. Bo ten czas jest bardzo wymagającym dla kobiety. I czasami trzeba odłożyć swoje dotychczasowe „jakości” na później i przypomnieć sobie o innych ważnych wartościach tj. cierpliwość, wsparcie i szacunek.

Dziękuję i wszystkiego dobrego!
Karolina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *