mama, poród

Czwarty poród – moja historia

To miał być naprawdę „mój” poród. Pierwszy, który „zaplanowałam”. Jak się jednak znów okazało, plan planem, a życie życiem. 😉

Od początku tej ciąży wiedziałam, że co jak co, ale nie chcę rodzić w szpitalu w Oławie. Rodziłam tam trzy razy i nie chciałam wracać kolejny raz. Przez ostatnie kilka lat nasiąkałam też historiami porodów domowych i już od jakiegoś czasu marzyło mi się, by ten mój raczej ostatni poród przeżyć właśnie w domu. Mówię raczej, bo w życiu różnie bywa, choć tak, wiem, co to antykoncepcja. 😉

Myślę, że powody, którymi się kierowałam decydując się na poród domowy to temat na totalnie osobny wpis. Za dużo mam do powiedzenia. 😉 Dlatego dziś skupię się tylko na samym porodzie.

Wszystko było gotowe do porodu domowego: dogadane dwie położne i doula, skompletowane „pudełko porodowe” (z kocami, podkładami, itp.), przemyślane, co ze starszymi dziećmi, prawie spakowana torba do porodu (gdyby jednak trzeba było jechać do szpitala), zakupiony basen (szalenie chciałam rodzić w wodzie!). Nawet z panią fotograf byłyśmy „po słowie”. 😉 Jedyne, czego właściwie brakowało, to była folia malarska. 😀

Wtorek, 5ty kwietnia

własnoręcznie zrobione szaszłyki
własnoręcznie zrobione szaszłyki

We wtorek 5go kwietnia obudziłam się ze skurczami. Nie byłam przekonana, że to już. No ale coś tam się ewidentnie działo. Położne i moją doulę poinformowałam, ale coś, co mnie wstrzymywało od stwierdzenia, że na pewno rodzę, to umówiona wizyta u dentysty. Wiem, brzmi to absurdalnie. 🙂 Ale ząb bolał mnie już 2 tygodnie i jak tu odwołać? Przecież jakbym urodziła, to następną wizytę dostałabym nie wiadomo kiedy. 

Więc z termoforem na plecach pojechałam do mojej ulubionej i od lat tej samej dentystki. Witając się, rzecz jasna pani doktor zapytała, kiedy rodzę. Gdy powiedziałam jej, że w sumie to już, pani doktor nie podejrzewała, że mówię serio. 😀 

Gdy wróciłam do domu po zakończonej sukcesem wizycie, skurcze się wyciszyły, a ja wpadłam w nasz codzienny wir. Dzieci były w domu, bo Miłosz dostał zapalenia płuc, reszta też jakieś katary czy coś… Także ten… życie.   

Środa, 6ty kwietnia

A w środę to próbowałam usilnie przetrwać. To był już taki czas, kiedy chyba codziennie (albo prawie codziennie) rano wstawałam z myślą, „byle do wieczora”. Choć wieczór też nie przynosił jakiejś szalonej ulgi. Sypiałam bardzo kiepsko i już chyba nie było pozycji, w której byłoby mi wygodnie.

rodzeństwo

Wieczorem po cały dniu z dokazującymi niemiłosiernie dziećmi w domu, mój mąż po pracy stwierdził, że on potrzebuje chwili dla siebie. Pojechał więc wypocić swoje stresy na motocyklu, a ja znów z dziećmi. Czułam się strasznie. Strasznie zmęczona, strasznie wkurzona, że znowu jestem sama i wszystko na mojej głowie. Kolacja, kąpania, usypianie. Do tego moja głowa od dłuższego czasu nie mogła się zatrzymać i powiedzieć, że przelatywało mi przez nią 1000 myśli na minutę, nie oddałoby tego, co się w niej działo.

Ostatecznie poszłam spać wkurzona.

Czwartek, 7my kwietnia

Ten czwartek zaczął się dla nas bardzo wcześnie. Bo o północy. 🙂 Obudziły mnie odchodzące wody płodowe. Zadzwoniłam do położnej Ewy, do mojej douli (która notabene dopiero się położyła spać). Ewa kazała poobserwować skurcze i zadzwonić ponownie, gdy będą regularne. W międzyczasie poszłam do toalety i zauważyłam, że coś te wody zielone. Założyłam na chwilę wkładkę poporodową. Niestety okazało się, że to nie jest delikatniutkie zielone zabarwienie. I te zielony wody zniweczyły cały mój plan rodzenia w domu. Komunikat od Ewy: jedź do szpitala. 

W takim razie stwierdziłam dobra, trudno, jedziemy do Oleśnicy. Skurcze nasilały się niesamowicie szybko. I jak ich siła zaczęła mnie przeczyszczać (wylądowałam w toalecie z jakby biegunką), pomyślałam niezbyt grzecznie, że „qr..a! Chcę cesarkę!” 😀 I od razu sobie uświadomiłam, że

a) skoro mnie czyści, tzn. że główka jest bardzo nisko i robi sobie miejsce opróżniając jelita

b) skoro chcę cesarkę, tzn. że już jest za późno. 😀

Następnie zanim:

  • przyjechała moja mama (choć miałam wrażenie, że przyjechała rekordowo szybko),
  • Marek wyjaśnił komu, kiedy i jakie leki,
  • zanim dopakowałam ostatnie rzeczy do torby,
  • a mój mąż odnalazł jeszcze swój zagubiony w tej „porodowej gorączce” telefon,

była godzina 1:26. Wiem dokładnie, bo wtedy dzwonił z mojego telefonu do siebie, co by się jego telefon odezwał. 😀 Sprawdziłam to dopiero po czasie, bo w tamtej chwili to ja totalnie byłam w swoim świecie, ściskając już piłeczkę z kolcami (masażer, co by ulżyć sobie w skurczach). Wsiadając do auta, mój mąż przezornie sprawdził, ile czasu zajmie nam dojazd do szpitala w Oleśnicy. 51 minut.

Zanim wyjechaliśmy z naszego osiedla do głównej drogi, zażądałam 3 razy, żeby zatrzymał auto, bo skurcze były tak mocne, że nie mogłam znieść dodatkowych drgań samochodu. I wtedy chyba wykrzyczałam, że jedziemy do Oławy, bo do Oleśnicy nie zdążymy. 

Szpital

Na głównej drodze znów zatrzymywaliśmy się kolejne 3 razy. Gdy zatrzymaliśmy się pod szpitalem, do przejścia mieliśmy zaledwie niezbyt szeroki trawnik. Może 10 metrów? Mój mąż żałował, że zaparkował tak daleko. 🙂 Zatrzymywaliśmy się na skurczach następne 2 razy i to były momenty, gdzie zaczęłam już krzyczeć. Musiałam sobie ulżyć. Jakaś pani wychodząca z SORu zapytała, czy nam pomóc. 🙂 Marek grzecznie podziękował, a mi przeleciało przez głowę, czy nie zechce za mnie urodzić. 😉 Ale nie zwerbalizowałam tej myśli.

Przesympatyczny ratownik na SORze bardzo delikatnie i grzecznie zaproponował mi przewiezienie na wózku, co w pierwszej chwili odrzuciłam. Jednak po kolejnym przystanku na skurcz, zgodziłam się usiąść, jak pan przekonywał, że na wózku na pewno szybciej dotrzemy na górę. Chyba bałam się, że potem z tego wózka nie wstanę. 🙂 

Gdy dotarliśmy na górę (4te piętro) do dyżurki, pani położna poprosiła o dokumenty, z czego ja byłam w już w takim stanie, że wyciągnęłam wszystkie papiery, jakie miałam w plecaku z nadzieją, że pani mi pomoże i znajdzie w tym to, czego potrzebuje. No nie, nie było tak dobrze. Położna zdecydowanie poprosiła, żebym dała jej tylko to, czego ona potrzebuje. Ratownik z kolei delikatnie poklepał mnie po ramieniu i powiedział ze spokojem, że on poczeka, ile będę potrzebowała. Albo powiedział coś totalnie innego, ale do mnie dotarło tylko tyle, że czułam w nim większe wsparcie niż w pani położnej, która miała mnie przyjąć na porodówkę. 

Gdy przyszła młoda położna z porodówki, żeby mnie zbadać, pomogła mi się rozebrać i stwierdziła, że tu nie ma czasu już na żadne dokumenty i pytania, bo  mamy 10 cm rozwarcia i za chwilę urodzę tu, gdzie stoję. Mnie to już w sumie było wszystko jedno. Z kolei położna „od dokumentów” była bardzo niezadowolona (przynajmniej takie odniosłam wrażenie).

Czwartek, 7my kwietnia | porodówka

Gdy szłam (człapałam) z tą młodą położną na porodówkę, podczas skurczu ściskając ją za ramię (mam nadzieję, że nie zostawiłam siniaków!), powiedziałam, że tak bardzo chciałam rodzić w domu. Okazało się, że ta sama położna tydzień wcześniej była w punkcie zabiegowym, gdy robiłam badania krwi właśnie do porodu domowego. Powiedziała, że mnie pamięta. Pamiętała mnie! Jeśli czułam wtedy jeszcze jakiekolwiek spięcie, to w tamtym momencie ze mnie opadło. Pani Martyno, dziękuję!

Chyba poprosiłam, żeby nie kazano mi się kłaść. Co prawda znów rodziłam w szpitalnej koszuli, na szpitalnym łóżku, ale tym razem na kolanach, trzymając się drążka przed sobą. Mimo dodatniego GBS, nie zdążono już podać mi profilaktycznego antybiotyku. Nie dostałam oksytocyny, choć w wypisie mam napisane, że i owszem. Nie wiem tylko kiedy, bo nie wbito mi się w żadną żyłę. Nie przebito mi pęcherza (nie było już co przebijać). Zapomniałam powiedzieć (już) mojej położnej, że absolutnie nie chcę nacięcia krocza. I choć gdzieś dotarło do mnie, że bodajże doktor coś na ten temat wspomniała, żeby mnie naciąć, położna tego nie zrobiła. I jestem jej niesamowicie wdzięczna!

Szybkie KTG odbyło się, gdy klęczałam na łóżku. Położna musiała się nieźle nagimnastykować, żeby to KTG zrobić. Ogromnie doceniam, że nie musiałam wtedy kłaść się tak, żeby to KTG bez problemu zrobić. Nie byłam w stanie. 

Mój mąż stał przy mojej głowie, położna, pani doktor ginekolog i chyba druga położna stały za mną. Jedynym mankamentem tego układu było to, że przez szum w uszach, nie słyszałam, co mówi do mnie położna. I nawet, jeśli bardzo chciałam z nią współpracować, kierować się wskazówkami, jakie mi podpowiadała, to ja jej po prostu nie słyszałam. O czym w którymś momencie powiedziałam i mąż przekazywał mi, co mówiła położna. Dodatkowy wniosek mam taki, że wciąż nie nauczyłam się prawidłowo oddychać. Zapominam w tym momencie o wszystkim.   

Czwartek, 7my kwietnia, godzina 2:10

Marcysia przyszła na świat w czwartek, 7go kwietnia 2022 roku, o godzinie 2:10. W szpitalu byliśmy może od pół godziny. 

Witaj na świecie!
Witaj na świecie!

Nasze czwarte dziecko w tym momencie zostało mi przekazane na moje ręce. Totalnie przeszkadzała mi tu ta szpitalne koszula, która cały poród pałętała mi się niewygodnie. Te troczki, sznurki i nie wiadomo co jeszcze. W tamtej chwili byłam na nią strasznie wkurzona. Wystarczyłby mi mój sportowy stanik, który na sobie miałam. I tak było mi tak strasznie gorąco. 

To był chyba pierwszy mój poród, gdzie pamiętam rodzenie łożyska. I pierwszy raz poprosiłam, że chciałabym je zobaczyć. Jedyne, co mi przyszło na myśl, gdy patrzyłam na to łożysko, to było „wooow”. 🙂 Potem przyszedł czas na 2 szwy i całe 2 godziny kontaktu skóra do skóry, które mogliśmy spokojnie przegadać, pośmiać się, przystawić samodzielnie małą do piersi i nikt nam nie przeszkadzał. W międzyczasie dostałam też coś drobnego do zjedzenia i słodką herbatę. Ta herbata to nie była najwyższych lotów, ale wtedy dla mnie to była najlepsza i najsmaczniejsza herbata świata. 😀  

Jednym zdaniem

Wbrew temu, że od początku tej ciąży nie chciałam rodzić w oławskim szpitalu, rodząc w nim i potem będąc już na oddziale neonatologicznym, czułam się tu jak w domu. 🙂 Jaki by on nie był, ze swoimi wadami i zaletami. Ale jednak jak w domu. 

Jak w domu...
Jak w domu…

I tym razem mam bardzo pozytywne wspomnienia z tego porodu. Ma na to wpływ jednak wiele rzeczy. Nie tylko:

  • młoda położna, która działała w zgodzie ze mną i akceptując moje marzenie i chęć urodzenia w domu,
  • oławska porodówka po remoncie, z pokojem porodowym, który daje poczucie intymności i zamknięcia we własnym świecie, bez przenoszenia, przewożenia, czy przechodzenia na drugą stronę korytarza,
  • brak nacięcia krocza,
  • prawdziwie 2wu godzinny kontakt z dzieckiem skóra do skóry,
  • ważenie i mierzenia dziecka dopiero po 2óch godzinach po porodzie, co mogłam cały czas obserwować,
  • prysznic, który mogłam wziąć po zważeniu córki, w przylegającej do pokoju porodowego niewielkiej łazience…

Ten poród był tym najlepszym również dlatego, że

  • większość porodu spędziłam w domu. Choć ktoś może powiedzieć, że ledwo zdążyliśmy do szpitala, to ja nie czułam wcześniejszych skurczy. 
  • nie było czasu na jakiekolwiek interwencje medyczne, typu podanie oksytocyny, czy przebicie pęcherza płodowego.
  • mogłam urodzić w innej pozycji niż leżąca.

Nie straciłam dziecka z oczu ani na chwilę. A zanim położna odprowadziła nas na oddział neonatologiczny, zaproponowała nam zrobienie zdjęcia na pamiątkę. Sami absolutnie o tym nie pomyśleliśmy. 🙂 Dziękuję! Pani Martyno, myślę, że nie mogłam trafić lepiej. Dziękuję.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *