mama, wywiad

10 pytań do #70: Anny Maskiewicz, masażystki, terapeutki techniką Bowena

Anna Maskiewicz – mama, logistyk, masażystka i terapeutka, zakochana w terapii manualnej wg Thomasa Ambrose’a Bowena. W czym Ania odnalazła siebie? I dlaczego w którymś momencie to, co wypracowała, okazało się być niewystarczające?

Ania w gabinecie, fot. archiwum własne
Ania w gabinecie, fot. archiwum własne

1. Wzięłam sprawy we własne ręce, bo…

jeszcze jak pracowałam w logistyce, już miałam zapędy „w naturalne”. Zbiegło się to również w czasie z chorobą mojego taty. Wtedy wiedzieliśmy, że nie można się poddać i częściowo wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Metody naturalne okazały się świetnym rozwiązaniem. Od tego czasu minęło 10 lat, tata czuje się dobrze. W tamtym czasie zrozumiałam, że to właśnie w stronę natury trzeba iść. Zaczęliśmy zwracać uwagę na jedzenie, oddychanie, ruch, itd. A w momencie, kiedy ja potrzebowałam pomocy, odnalazłam terapię Bowena.

Uwielbiam logistykę. Jestem po studiach w tym kierunku, ale na pewnym etapie życia przestało mi już to wystarczać. Nie dawało mi satysfakcji. Praca z ludźmi jest super i obejmując stanowiska kierownicze zawsze wybierałam takie zarządzanie, w którym głównym czynnikiem sukcesu są ludzie i relacje, Jednocześnie bardzo nie chciałam uczestniczyć w tzw. wyścigu szczurów, nie wszystko było zgodne z moim sumieniem, coraz trudniej było mi się w tym odnaleźć. Decyzja zapadła – otworzyłam gabinet.

Od 4 lat uczestniczę w szkoleniach terapeutów manualnych techniką Bowena. Kurs jest bardzo rozbudowany i wymagający. Pomiędzy poszczególnymi modułami musimy mieć czas na praktykowanie, a pomiędzy egzaminami musi być jeszcze dłuższa przerwa. Obecnie jestem po egzaminie podstawowym i zaawansowanym, a przede mną jeszcze rok nauki i ostatni egzamin – mistrzowski. Już na początku kursu uświadomiłam sobie pewien niedosyt wiedzy dotyczącej anatomii człowieka. Zdecydowałam się na 2-letnią szkołę masażu w Medyku Brzeskim, którą ukończyłam w ubiegłym roku egzaminem państwowym i dyplomem technika masażysty.

Ogromną satysfakcję daje mi praca z dziećmi. Oprócz tego, że mogę im pomóc, np. techniką Bowena, mam też frajdę tłumacząc im ciekawostki na temat budowy ludzkiego ciała (np. który mięsień w ciele jest najdłuższy?). 🙂 To taka lekcja biologii na żywym organizmie.

Bowen „znalazł mnie” w momencie, gdy byłam całkowicie połamana. Pracowałam wtedy jako kierownik oddziału dolnośląskiego firmy włoskiej, a to wiązało się ze sporym stresem. Przyszedł taki czas, że, właściwie bez przyczyny, zaczęły mnie boleć kolana, tak jakbym była zmęczona albo miała zakwasy. Potem ten ból zaczął schodzić niżej, następnie pojawił się w łokciach, w całych rękach. A w końcu wieczorami płakałam z bólu. Teraz wiem, że to były objawy psychosomatyczne, których lekarze nigdy nie połączyli ze stresem. Diagnozy były przeróżne, może stwardnienie rozsiane, może neuroborelioza, a może jeszcze inne, równie groźnie brzmiące choroby… Byłam faszerowana lekami, które mnie otępiały i wcale nie sprawiały, że czułam się lepiej. I kiedy już nie miałam pomysłu na siebie, pojawiła się propozycja „masażu”. Do mamy mojej przyjaciółki przyjeżdżała terapeutka i wykonywała zabiegi kilku osobom. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia, gorzej już być nie może. Pierwszy zabieg wspominam jako kilka uciśnięć i długie przerwy pomiędzy każdym kolejnym uciskiem. Takie „nic”, a na następny dzień byłam tak połamana, jakby mnie czołg przejechał 🙂 Wszystkie napięcia się odblokowały. Oczywiście kontynuowałam zabiegi, odstawiłam leki. I tak się zaczęło. Rok później sama byłam już na kursie terapeuty.

2. Dzień organizuję sobie…

wg kalendarza, wg zajęć mojej 10-letniej córki. Czas z dzieckiem i jej atrakcje są najważniejsze, nasz wypoczynek weekendowy również. A w tygodniu to jest głównie gabinet. Zadaję sobie 5 zadań dziennie (wedle „Jak wyrobić w sobie nawyk wygrywania?”), związanych ze sferą ciała (zdrowie), sferą ducha (rekreacja) i sferą konta. W tych 3 płaszczyznach ustalam sobie cele, a na każdy dzień ustalając sobie 5 zadań, które nie mogą mi zająć więcej czasu niż 2-3 godziny, jednocześnie mają mnie zbliżyć do któregoś z moich celów. Dzięki temu np. wróciłam do czytania książek. 🙂

3. Na co dzień napędza mnie…

radość z tego, że jestem tam, gdzie powinnam być. Nareszcie.

Napędzają mnie też nasze plany. Ja lubię widzieć efekty swojej pracy. Nie lubię monotonii i bezcelowości. Tak się chyba dużo łatwiej żyje. My często pewne rzeczy robimy automatycznie, bo się wydaje, że one są bardzo potrzebne. Z kolei patrząc z drugiej strony, okazuje się, że pewne rzeczy możemy totalnie olać lub zrealizować na załóżmy 30%.

4. Największe wyzwanie w moim życiu to…

wychować moją córkę na dobrego człowieka. Aby przekazać jej dobre wartości i drogi w życiu. Wszystko inne gdzieś tam zadzieje się w tle.

5. W swoim życiu najbardziej cenię sobie…

szczerość i uczciwość. To są rzeczy, których brakowało mi w pracy logistyka. Ale być może po prostu tak trafiłam. A są to cechy, bez których funkcjonować nie chcę i nie potrafię.

6. Siłę czerpię z…

z potrzeby zmian, z potrzeby lepszego życia. Z tego, że na horyzoncie już pewne rzeczy widzę. Gdyby ktoś jeszcze 5-6 lat temu powiedział mi, że będę tu, gdzie jestem teraz (czyli w gabinecie terapeuty pomagając innym), to umarłabym ze śmiechu. Przecież to niemożliwe. A jednak. Jestem pewna, że wielu z nas tkwi w różnych dziwnych układach, sytuacjach, przekonaniach tylko dlatego, że boi się zmian. A czasem potrzeba tupnąć nogą, powiedzieć „stop” i nieważne, że będzie ciężko. Nawet małymi krokami, ale trzeba robić to, co poprowadzi nas w dobrym kierunku.

7. Gdybym nie robiła tego, co robię teraz…

byłabym nieszczęśliwa. Albo nie. Byłabym szczęśliwa inaczej. Pewnie pracowałabym w jakiejś firmie, odbierałabym telefony, robiła zamówienia.

8. Na moim „podwórku” brakuje mi…

pomysłów typu Aktywne Oławianki, ale… na pewno spotkań z kobiecą energią. Odkryłam to pojęcie w ostatnich latach, spotykając wiele wartościowych kobiet. Jest coś takiego, jak kobieca energia, czego mężczyźni chyba nie ogarną nigdy. To jest mega fajne, bo w nas jest wyjątkowa siła. Chciałabym angażować się w działania, robić coś dla dobra lokalnej społeczności, uczestniczyć w projektach, które dają efekt. Wierzę, że takie inicjatywy są, ale może ja ich jeszcze nie odnalazłam.

9. Macierzyństwo to…

szczęście, wyzwanie, radość. Teraz to głównie radość. Szczęście jest ogromne i ono trwa. Dla świadomych rodziców, ich dzieci zawsze będą ogromnym wyzwaniem, bez względu na wiek, nawet już jako dorośli ludzie. Ale macierzyństwo to też taka potrzeba, żeby z tego maleństwa wyrósł dobry człowiek, z dobrymi wartościami. Człowiek, który odnajdzie się we współczesnym szalonym świecie.

10. Macierzyństwo nauczyło mnie…

odpowiedzialności, zorganizowania, dobrego planowania. Macierzyństwo pozwoliło mi wrócić do czasu, w którym i ja byłam dzieckiem. Czasem patrzę na córę i mam wrażenie, że jesteśmy w podobnym wieku 🙂 Psychologia o tym mówi, że w nas już na zawsze zostaje ta cząstka małego dziecka. Dlatego nareszcie mogę znów iść na plac zabaw 😉

Nigdy nie patrzyłam w ten sposób, że macierzyństwo mi coś zabrało. Wszystko się zmieniło, to prawda. Ale macierzyństwo jest największą możliwą radością. Kształtujemy małego człowieka, jesteśmy za niego odpowiedzialni i najważniejszym zadaniem jest tak pokazać mu świat, wskazać właściwą drogę i tak pokierować nim, aby dobre wartości zostały w nim na zawsze. Ważne też, aby w procesie rodzicielstwa nie stracić czujności i nie dać się zagubić dziecku gdzieś po drodze.

❤️   ❤️   ❤️

Złota rada, która nie jest radą

Nawet jeśli są sytuacje niefajne i już się wydaje, że nic dobrego nas w życiu nie spotka, że już zawsze będzie tak jak jest, tak szaro… Miej z tyłu głowy, że jest jeszcze mnóstwo dobrego, ciekawego i szalonego do zrobienia, do odkrycia. Często to tylko kwestia czasu. Dzieci wreszcie podrosną na tyle, żeby nie trzeba było trzymać ich cały czas za rękę. Życie się zmieni, świat się zmieni. A z czasem osiągniemy taki etap życia i poczucia bezpieczeństwa, że ze spokojem będzie można podjąć ważne, drastyczne decyzje przewracające życie do góry nogami, typu: dzisiaj się zwalniam, jutro mnie tu już nie będzie.

Potrzebujemy nieustannie pamiętać o tym, że życie MOŻE być super i BĘDZIE super. Nawet, jeżeli teraz wcale się na to nie zanosi.

Nigdy się nie poddawaj. Bo jutro może być lepszy dzień.

 

Ania z córką, fot. archiwum własne
Ania z córką, fot. archiwum własne

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *