mama, poród

Historia porodowa #28 | historia anonimowa

„Przestanie ryczeć, mleko pięknie leci” – taka porada laktacyjna. Tuż po porodzie, gdzie kobiece hormony szaleją. Wspierające?

Bo każda historia jest na wagę złota.

Fot. Pixabay
Fot. Pixabay

Początki

Poród zaplanowany miałam na 7go czerwca. To była moja pierwsza ciąża, wyczekana. Z partnerem staraliśmy się ponad rok. Cały okres ciąży wspominam bardzo dobrze, mimo dolegliwości z powodu rwy kulszowej, opuchlizny, czy ponad 30 kg na plusie. 🙂 6go czerwca wyleciał ze mnie czop. Ale był tak wielki, że myślałam, że wody mi odeszły. Wzięliśmy torbę pod pachę i pojechaliśmy do szpitala. Tam po zbadaniu mnie powiedziano mi, że rozwarcia nie ma, ale podłączą mnie pod oksytocynę. Leżałam tak prawie 3 godziny, co prawda miałam lekkie skurcze, ale nic poza tym. Postanowiono zostawić mnie na oddziale „na wszelki wypadek”. Zgodziliśmy się.

Porodówka

Leżałam na oddziale 3 doby i nic się nie działo. Była to już końcówka 40tego tygodnia. Pamiętam doskonale ten moment, ponieważ w telewizji leciał mecz Polska-Rumunia w Mistrzostwach Europy. Już w trakcie meczu miałam lekkie skurcze, ale w tamtej chwili myślałam, że to z podekscytowania. 😀 Zjadłam bardzo delikatną kolację i poszłam spać. Całą noc doskwierały mi skurcze, więc ok 4 nad ranem, po kolejnym spacerze po korytarzu szpitalnym zapukałam do dyżurki lekarzy. Powiedziałam o regularnych skurczach. Lekarz odpowiedział: tak ma być. I poszedł. Ok 6:00 rano zadzwoniłam do partnera, że to już, bo biorą mnie na salę porodową. Okazało się, że rozwarcia nie ma, a skurcze są zbyt delikatne. Zostałam podłączona pod oksytocynę. Nie pozwolono mi zejść z łóżka, moim jedynym ruchem było przekręcanie się z boku na bok. Tak leżałam od 8:00 do ok 14:00. Skurcze przybierały na sile dzięki podkręcaniu oksytocyny, rozwarcie również się pojawiało. Powoli, ale rosło.

Tak naprawdę niewiele działo się podczas akcji porodowej, ponieważ leżałam 6 godzin na łóżku podłączona pod KTG i oksytocynę. Położna co chwilę przychodziła, by sprawdzić jak się czuję. Na bieżąco sprawdzała rozwarcie i wyniki KTG. Wszystko było w porządku, ale sześciogodzinne leżenie w jednej pozycji bez znieczulenia sprawiło, że byłam wykończona psychicznie. Do tego ostatni posiłek zjadłam dzień wcześniej, ok 18:00, więc fizycznie również byłam wyczerpana. Ordynator przychodził i „pocieszał” mnie słowami: pierwszy poród może trwać nawet 24 godziny! Myślałam, że to żart.

Przed samym rozwiązaniem położna przebiła mi pęcherz płodowy, syn miał lekki „wślizg”. 🙂 Niestety ułożył się bardzo asymetrycznie i zostałam nacięta. Nic nie bolało, położna wykonała nacięcie w trakcie skurczu. Ostateczne rozwiązanie trwało ok 10 minut. Syn dostał 10 pkt, leżał na mnie przez jakiś czas. Zabrano go jedynie do zbadania i ubrania. Teraz wiem, że więcej nie zgodziłabym się na to. Ówczesny ordynator przygotował mnie do szycia nacięcia. Czułam, że wstrzykuje mi znieczulenie, ale podczas szycia także wszystko czułam. Ból przeszywający całe ciało, przecież krocze kobiety jest bardzo unerwione. Mówiłam lekarzowi, że to mnie boli, ale słyszałam tylko polecenie: „pupa niżej, bo nie mam jak szyć”. Zacisnęłam zęby, bo wiedziałam, że im szybciej to się skończy, tym szybciej dostanę syna. Teraz, ponad 3 lata po tym wydarzeniu, doskonale pamiętam ból szycia. Był chyba gorszy niż bóle porodowe. Rana po szyciu bardzo długo mi się goiła, nikt w szpitalu nie umiał mi pomóc. Wdało się zapalenie, źle się zrosła. W szpitalu usłyszałam: „to się zrośnie, proszę się nie martwić”. Nie zrosło się wszystko tak, jak powinno. Dopiero po ok miesiącu i kontroli co kilka dni u lekarza w prywatnym gabinecie dostałam odpowiednie maści i zalecenia. Lekarz zalecał waginoplastykę, jednak wiedział, że będę planować kolejną ciążę, więc taka operacja była bez sensu.

Oddział noworodkowy

Na oddziale noworodkowym leżeliśmy 4 doby, ponieważ synowi przedłużyła się żółtaczka. Ze wszystkich położnych najmilej wspominam jedną. Anioł na ziemi. Bardzo zależało mi na karmieniu piersią, nie dostałam jednak żadnego wsparcia. Pewnej nocy syn strasznie płakał, nie chwytał piersi, wyginał się. Mój spadek formy spowodował, że popłakałam się jak bóbr. Trzymając rękami noworodka i pchając biodrem jego wózek poszłam do pielęgniarek. Między każdym szlochem starałam się przekazać swoje obawy, że nie mam pokarmu, że syn nie ssie, nie chwyta brodawki. W odpowiedzi położna, nie pytając mnie o zgodę, rozpięła moją koszulę i ścisnęła mi pierś. Mleko trysnęła na ścianę, i ta sama położna odesłała mnie do łóżka słowami: „przestanie ryczeć, mleko pięknie leci”. Czas w szpitalu się dłużył, oprócz tego jednego „cyckowego” incydentu absolutnie nie mam na co narzekać. 🙂 No, może z wyjątkiem jedzenia i tabelki z instruktażem „diety matki karmiącej”. 🙂

Metryczka

Kto: syn

Kiedy: 06.2017 r.

Gdzie: Brzeskie Centrum Medyczne (Brzeg, Mossora 1)

P.S.

Jeśli chciałabyś podzielić się swoją historią i rodziłaś w jednym z pobliskich szpitali (Oława, Oleśnica, Brzeg, Strzelin , Wrocław), odezwij się mailowo (smartasy.olawa@gmail.com) lub przez fanpage FB @smartasy.olawa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *