Customize Consent Preferences

We use cookies to help you navigate efficiently and perform certain functions. You will find detailed information about all cookies under each consent category below.

The cookies that are categorized as "Necessary" are stored on your browser as they are essential for enabling the basic functionalities of the site. ... 

Always Active

Necessary cookies are required to enable the basic features of this site, such as providing secure log-in or adjusting your consent preferences. These cookies do not store any personally identifiable data.

No cookies to display.

Functional cookies help perform certain functionalities like sharing the content of the website on social media platforms, collecting feedback, and other third-party features.

No cookies to display.

Analytical cookies are used to understand how visitors interact with the website. These cookies help provide information on metrics such as the number of visitors, bounce rate, traffic source, etc.

No cookies to display.

Performance cookies are used to understand and analyze the key performance indexes of the website which helps in delivering a better user experience for the visitors.

No cookies to display.

Advertisement cookies are used to provide visitors with customized advertisements based on the pages you visited previously and to analyze the effectiveness of the ad campaigns.

No cookies to display.

Moja przygoda z chustowaniem

Lubicie chustować? Czy jesteście zagorzałymi przeciwnikami i uważacie, że to kolejny wymysł i niepotrzebny gadżet? Znowu wydawanie pieniędzy na Bóg wie jak drogie kawałki zwykłego materiału. Kolejna moda, która przyszła i zaraz przejdzie? A może nosicie i cieszycie się tą bliskością, tzw. czwartym trymestrem? W tą niedzielę spotkaliśmy się z Gosią, naszą oławską doradczynią chustową. Jeszcze zanim urodziłam Anielkę, obserwowałam chustujące mamy i bardzo mi się ich widok podobał. Uważałam, że to super sprawa. Dzidziuś blisko mamy, przytulony, z góry obserwujący świat, a mama z wolnymi rękoma, mogąca wygodniej wyprowadzić psa, czy wejść na jakąś górkę 🙂 Naturalnie nie wspominając już o tym, że takiej mamie łatwiej wykonać pewne rzeczy również w domu (np. odkurzanie czy wieszanie prania), bo nie oszukujmy się – są dni, gdy maluchy najchętniej nie opuszczały maminych rąk, a przecież dom sam się nie oporządzi.

W chustę zaopatrzyła nas rodzina jeszcze zanim się nasza córa urodziła. Niestety Anielka od samego początku w chuście krzyczała wniebogłosy, ja jako początkująca mama trzęsłam się przeogromnie (mimo, że wtedy wcale tak nie uważałam), a ręce wiążące chustę jakoś nie chciały współpracować (nerwy!).  Kilka razy nawet wybrałam się do Wrocławia na spotkanie jednej z grup, gdzie mamy pomagały w wiązaniach. Niestety wycieczki okazały się okupione dużą dawką płaczu i stresu (Anielkowego i maminego) oraz kilkoma postojami w drodze powrotnej (na karmienie, spanie u mamy na rękach, oglądanie kwiatków, itp, itd). Podsumowując, po którymś wyjeździe po prostu mi się odechciało. Stwierdziłam, że nic na siłę. Skoro ani ona ani ja nie mamy z tego radochy, to po co się mamy zmuszać? Trudno, nie wypaliło.

Z Antkiem podejście numer 2. Zanim urodziłam, wybrałam się na warsztaty organizowane przez Gosię. W związku z tym, że Antoś zajmował już sporo miejsca w brzuchu i razem przesłaniali mi znaczną część świata, a Anielka dwulatka biegała dookoła, za dużo nie powiązałam. Coś tam wyniosłam, przypomniałam sobie podstawowe wiązania i później (już z youtube’em) mogłam próbować wiązać sama w domu. Muszę przyznać, że kilka razy się udało 🙂

  Zapewne niedociągnięć było mnóstwo, ale pełna szczęścia i radości, że się udało, byłam przekonana, że będziemy ćwiczyć i dojdziemy do perfekcji. No niestety, życie i Antoś znów zweryfikowali moje wyobrażenia. Kilka kolejnych wiązań (czy też właściwie prób): maluch wyginał się, prężył, krzyczał. Może gdybym nie odpuściła, w końcu by mu przeszło. Ale moje miękkie jak masło matczyne serce nie mogło znieść płaczu i ewidentnego dyskomfortu mojego oseska, co sprawiło, że znów się poddałam i patrzyłam z pewną dozą zazdrości na chustującą np. Agnieszkę i zadowolonego w chuście Leosia.

Ale nadszedł moment, gdy Antoś przez tydzień miał wysoką gorączkę i ani myślał opuścić moje ręce. Kolejny tydzień był pod znakiem anginy, a następny dających w kość zębów. Stwierdziłam – no dobra, zrobię ostatnie podejście.

  • Próbowałam wiązać sama (YT).
  • Byłam na warsztatach.
  • Zaliczyłam kilka spotkań w grupach.

Ostatnią deską ratunku jest doradca chustonoszenia (teraz stwierdzam, że chyba powinnam była od tego zacząć). Zaprosiłam Gosię i jak widzicie na zdjęciu, udało się nam zawiązać w plecak!!!

Ale niech Was nie zmylą te przeszczęśliwe miny (nie patrzcie też na ten bajzel w tle ;-P). Wcale łatwo nie było! 😀 Gosia wytłumaczyła, pokazała, przytrzymała, uspokoiła. Zniosła krzyki Antka, Anielkowe gry na garnkowej perkusji i przymilanie się naszej 30-kilowej labradorki. Przywiozła swój sprzęt, chusty i lalki, więc zanim zabrałam się za wiązanie Antka, spokojnie mogłam poćwiczyć na bardziej wytrzymałej i cierpliwej lalce. Jestem w pełni świadoma, że to spotkanie to dopiero początek. Może wcale różowo nie będzie. Ale zamierzam znów próbować! Bo jestem święcie przekonana, że warto!

A jaka jest Wasza historia? Łatwo było? Powiedzcie, czy to tylko mi tak trudno przychodzi? Czy tylko mi się zdaje, że to trudno, a za łatwo odpuszczam? A może uważacie, że to jakieś farmazony i w ogóle strata czasu i pieniędzy? Bardzo jesteśmy ciekawi, co o tym sądzicie!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wspieraj nas za darmo