mama, poród

Historia porodowa #26 | Kinga cz. 1

Gdy przychodzi TEN moment, okazuje się, że drzemie w nas siła, o której do tej pory nie miałyśmy bladego pojęcia.

Bo każda historia jest na wagę złota.
Oliwier, fot. archiwum prywatne Kingi
Oliwier, fot. archiwum prywatne Kingi

 

Początki


Rok 2015. Pierwsze dziecko. Miałam 26 lat i nigdy nie lubiłam dzieci. Trzymałam od nich zdrowy dystans, dla dobra własnego oraz ich. Wraz z partnerem jednak wiedzieliśmy, że po paru latach związku tego potomka przydałoby się mieć. I tak
23 września 2015 byłam dzień po wyznaczonym terminie porodu. Nie działo się nic nadzwyczajnego, od rana więc zaczęłam chodzić po schodach na klatce, umyłam okna i nawet zadzwoniłam do P., że wieczorem czekają go „robótki cielesne”. 😉 Ostatecznie jednak nie było takiej potrzeby. Wieczorem mój brzuch był twardy jak skała, bardzo się napinał, ale w środku nocy wszystko przeszło. Czwartek był spokojny. W nocy z czwartku na piątek z kolei dostałam pierwszych poważniejszych skurczów, ale były one nieregularne i w moim odczuciu do zniesienia. Cały piątek chodziłam więc po domu i się bujałam, zaczęłam łykać tabletki przeciwbólowe. Na sobotę miałam umówioną wizytę do lekarza prowadzącego i chciałam do niej dotrzymać, bardzo chciałam być kobietą w ciąży niepanikującą. Jednak o 3 w nocy pojechaliśmy do szpitala na Borowską. Na izbie przyjęć nie było nikogo, dlatego zostałam przyjęta od ręki. Opisałam swoją sytuację i czekałam na lekarza, który mnie zbada. Przyszedł jakiś młodzieniaszek i podczas badania usłyszałam, że rozwarcie znikome, czop nie odszedł, więc jeszcze nie rodzę. Mnie zwijało z bólu, a oni twierdzili, że na KTG żadne skurcze się nie piszą. Uniosłam się, nie wiem czy honorem czy głupotą, i podpisałam dokumenty, że nie zostaję w szpitalu. Wtedy było dla mnie oczywiste, że skoro nie rodzę, to po co mam zostawać. Udaliśmy się w stronę auta i nie mogliśmy wyjechać z parkingu. Nie wiedzieliśmy, że jest on płatny, a okazało się, że żadne z nas nie wzięło portfela. Dzięki Bogu zlitował się pan z recepcji i pożyczył nam pieniądze (oczywiście oddaliśmy po paru dniach z nawiązką). Wróciliśmy do domu przed 6 rano. Czułam się wyczerpana, chciałam spać, ale ból mi na to nie pozwalał. Łyknęłam całe opakowanie nospy, co dało mi zwrotne 4 h snu. Po przebudzeniu zauważyłam czop w sporej ilości, ale nadal byłam uparta na wizytę u swojego lekarza. Do doktor pojechaliśmy na godzinę 12:00. Lekko niewyspani i z uśmiechem na ustach opisywaliśmy, jak wyglądała noc. Usiadłam na fotelu, a lekarz z pełnym przerażeniem, że on już dzwoni do szpitala i mam jechać tam natychmiast, gdyż mam rozwarcie na 4 cm. Wyszliśmy z kliniki i powiedziałam do P., że ja nigdzie nie jadę bez niego (on miał mnie zawieźć na Chałubińskiego i samemu jechać do domu po torbę i zestaw pobraniowy z PBKM). Uparta jak osioł pojechałam razem z nim. Musiał po drodze zjechać ze 3 razy, bo myślałam, że urodzę w aucie.

Porodówka

Dotarliśmy do szpitala dwie godziny później. W drzwiach stała lekarka, która ochrzaniała mnie od samego wejścia… Że lekarz dzwonił, że czekają na mnie, że ja rodzę, a jakieś wycieczki sobie urządzam… Nie wiedziałam, co się babka tak rzuca… Przecież dopiero 4 cm, kobiety niby potrafią z tydzień z takim rozwarciem chodzić. Zabrali mnie do przebrania i na lewatywę. Potem USG i rozmawiam z tą kobietą, że co ona tam panikuje skoro do akcji daleka droga. Okazało się, że nie taka daleka… Centymetry pomyliły mi się z palcami. Myślałam, że jak 4 cm to 4 palce więc do 10 jeszcze daleko, a tutaj o 12:00 miałam tak naprawdę 8 palców, a było już po 14:00. W mgnieniu oka znalazłam się na porodówce. Chciałam porodu rodzinnego. Gdy usłyszałam, że sala do porodów rodzinnych jest zajęta i będę musiała rodzić sama, to dostałam tzw. „syndromu białego fartucha”. Skurcze ustały. Moja psychika wstrzymała akcję porodową.

Przyszła położna, której dałam świetnie napisany plan porodu. Miałam wrażenie, że nawet na niego nie popatrzyła  Rzuciła mi piłkę do skakania, zasłoniła kotarę i poszła. Po chwili wróciła na badanie. Powiedziała, że zaczynamy rodzić, a ja że nie ma takiej opcji, dopóki nie zwolni się sala rodzinna. I tak też się stało. Krzyknęli moje nazwisko i kazali samej dojść do porodówki. Gdy położyłam się na łóżku (po drodze na mniej więcej 8 m drogi zrobiłam chyba z 50 przystanków, bo zaczął rozpierać mnie ból nie do opisania), pojawił się mój P. Porobili badania i powiedzieli, że zaczynamy, gdyż przebili pęcherz i odeszły zielone wody.

Pamiętam, jak wbijałam palce w szyję P. Jak ciągnęłam go za kołnierzyk polo. Pamiętam, jak zmieniałam pozycje, które i tak nic nie wnosiły. Pamiętam, że patrzyłam za okno na drzewa i wmawiałam sobie, że zielony uspokaja. Pamiętam, jak nagle na sali nie było nikogo oprócz nas. Położona przychodziła tylko sprawdzać, czy jest główka czy nie. Po paru minutach kazała mi położyć się z powrotem na łóżku i przeć. Niby trzeba ze skurczami, ale miałam wrażenie, że cały ten poród to jeden wielki skurcz, więc parłam jak leciało.

Nagle usłyszałam: „zaznaczyła Pani, że nie chce cięcia krocza, ale albo Panią tniemy, albo Pani pęknie”… Nosz cholera… „Dobra, tnij.” Miałam nadzieję na ochronę krocza, ale najwyraźniej nikomu się nie chciało tego robić.

Na sali byłam ja, P., i dwie położne. Jedna z nich tak ściskała mnie za sutek, że miałam wrażenie, że bolało chyba bardziej niż poród. Nagle weszła salowa i w środku całej akcji zaczęła myć podłogę. Normalnie jak w jakiejś nisko budżetowej komedii. I powiedziała do mnie „Pani się nie drze, Pani rodzi”. Wtedy też zaczęłam domagać się dość agresywnie jakiegoś znieczulenia. Usłyszałam naturalnie, że na to już za późno. „No to gaz poproszę.” „Nie ma, skończył się” – usłyszałam. Moje siły były na wymarciu. Tyle dni chodziłam z bólem i naprawdę już nie miałam ochoty na nic innego, jak najzwyczajniej pójść spać. Otworzyłam oczy, a nade mną stała cała świta. Z trzech osób zrobiło się z 10. Jakiś lekarz stanął obok mnie i mówi” albo zbierzesz siły i urodzisz teraz tego dzieciaka, albo wyciągniemy go kleszczami”. No jak nie dam rady? Kto jak nie ja?! Ostatnie parcie i ryk! Mój ryk, bo dziecko było ciche. Widziałam przerażenie w oczach P., że młody nie płacze. Po chwili usłyszeliśmy jednak jego pierwszy dźwięk. Zabrali go jednak do badania. Tutaj już miałam stop klatkę. Opadłam z sił. Ktoś coś mówił, ale nie wiem kto i co. Ktoś krzyknął, abym się cieszyła, bo dziecko dostało 10 pkt. Mnie już interesował tylko sen. P. wyszedł z sali za dzieckiem. Mnie czekało jeszcze łyżeczkowanie (najbardziej tępe uczucie, jakiego doświadczyłam w życiu) i szycie (okropny ból). Po wszystkim usłyszałam, że mam wstać i usiąść na wózek. Moja mina była wymowa, wiedziałam, że nie dam rady, ale postaram się podnieść. Jak wstałam, tak upadłam na łóżko. W ostatniej chwili położna od sutka dosłownie „sprzedała mi liścia.” Nie wiem, czy to zgodne czy nie, ale przynajmniej nie straciłam przytomności. Zdecydowano ostatecznie jednak na podjechanie łóżkiem i zabranie mnie w pozycji leżącej.

Oddział noworodkowy

Na sali poporodowej pierwszy raz dostałam syna (nie było kangurowania na porodówce… W kolejce czekały kolejne do porodu, więc raczej nie było na to czasu). Od razu karmiłam piersią. Zapomnieliśmy z domu wody, a do jedzenia dano mi suchy chleb z szynką i powiedziano, żebym jadła (nie jadłam nic przez trzy dobry od porodu – jakaś dziwna blokada). Strasznie chciało mi się pić. Dostałam ostatecznie najgorszą na świecie herbatę. Była tak mocna, że nie spałam do 3 w nocy mimo tak wielkiego zmęczenia. Po 2 h zabrano mnie do sali, abym odpoczęła. Dziecko natomiast wzięto do badania i oddano mi je o 1 w nocy. Od tej pory musiałam już radzić sobie sama. P. poszedł do domu o 22:00. Wcześniej wykapał mnie, bo sama raczej nie dałabym rady. Na noworodkowym raz była położna od laktacji. Jedzenie było okropne. Chociaż ja na nie tylko patrzyłam, bo o konsumpcji nie było mowy. Rodzina przynosiła mi jedzenie z domu, ale ja i tak miałam jakąś blokadę. Spory plus na Chałubińskiego był taki, że mogłam dziecko zostawić na sali ogólnej i pójść spokojnie do toalety czy pod prysznic. W drugiej dobie zobaczyłam swoje ciało po porodzie w lustrze. Momentalnie złapał mnie „baby blues”. Płakałam jak głupia. Przeszło po jakiejś dobie. 

Metryczka

Kto: Oliwier

Kiedy: 26.09.2015

Waga: 4200 g

Gdzie: Uniwersytecki Szpital Kliniczny. Klinika Ginekologii i Położnictwa (Wrocław, Chałubińskiego 3)

P.S.

Jeśli chciałabyś podzielić się swoją historią i rodziłaś w jednym z pobliskich szpitali, odezwij się mailowo (smartasy.olawa@gmail.com) lub przez fanpage FB @smartasy.olawa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *