O NAS, Wycieczki za miasto

Pomysł na weekend: Karpacz

Staram się, by weekendy były czasem rodzinnym. Owszem, zdarza się nam w sobotę pracować, sprzątać itp., ale zwłaszcza niedziela ma być dniem, który spędzamy razem. Odpoczywamy na sposoby wszelakie. Tym razem postanowiliśmy odpocząć w Karpaczu. W dodatku nie sami, bo w grupie: sześcioro dorosłych i siedmioro dzieci.

Wróciwszy z lipcowego urlopu, podjęliśmy decyzję, że będziemy się starać, aby raz na miesiąc gdzieś wyjechać. Nie musi być ani daleko, ani na długo. Choćby na jeden dzień. I co? I pstro. Z powodów wszelakich, wyszło nam to może raz. Albo dwa. Teraz był ten drugi raz. I uprzedzając Wasze oczekiwania, mówię – nie, to nie będzie taki zwykły wpis o tym, co można zobaczyć w Karpaczu. Ja Wam powiem coś innego. Opisu zabytków, tras i innych atrakcji musicie iść poszukać gdzieś indziej.

Gdzie?

Nie chciało nam się wyjeżdżać nigdzie daleko. Cała ta logistyka, pranie, pakowanie, itd., itp. sprawiają, że dalsze wyjazdy chwilowo są po prostu ponad moje siły. Poza tym jest tyle fajnych miejsc na Dolnym Śląsku, które chciałabym odwiedzić, pokazać dzieciom, czasem odświeżyć swoje własne dziecięce lub studenckie wspomnienia. Dlatego Karpacz wydał się nam w miarę sensownym wyborem. A dodatkowo to tam „znalazł się” wolny nocleg dla tak sporej ekipy, w którego znalezieniu pomógł booking.com. 🙂

Nocowaliśmy w jednym z apartamentów Apartamenty Sun Seasons 24 w Karpaczu. Cztery sypialnie, dwie łazienki, salon z aneksem kuchennym. Na plus był:

  • bardzo dobrze wyposażony aneks (jedyny brak, jaki zaobserwowaliśmy, to brak jakiejkolwiek miski).
  • przestronny apartament – cztery sypialnie pozwoliły się nam bezproblemowo ulokować i nie potykać o siebie nawzajem.
  • dwie łazienki przy tak dużej liczbie osób to „must have”.

Minusem było:

  • tylko jedno miejsce parkingowe w garażu podziemnym, pozostałe dwa auta musiały parkować poza posesją.
  • brak windy – a my z siódemką małych dzieci, bagażami, itp., itd., podczas gdy apartament znajdował się na trzecim piętrze. Co prawda osobiście nie przepadam za windami, ale przydałaby się przynajmniej dwa razy – podczas przyjazdu i odjazdu. 🙂
  • kiepsko posprzątane albo zakurzone (może dawno nie używane?) pomieszczenia. Nie raz jakieś autko zajechało pod szafę, łóżko, kanapę. Wolelibyśmy tam nie zaglądać. Mimo, że na zdjęciach i na pierwszy rzut oka na żywo pomieszczenia wyglądają naprawdę schludnie, to jednak można by się do tego sprzątania lepiej przyłożyć.

Samemu czy z kimś?

Lipcowy urlop dał nam bardzo popalić. Ilość potrzeb naszych małych dzieci chyba nas przytłoczyła. I jakoś zauważyliśmy, że zdecydowanie lepiej wypoczywamy, gdy jedziemy z innymi ludźmi. 🙂 Podczas, gdy kiedyś samotne wyjazdy były mile widziane, to teraz „samotny wyjazd” nabrał innego znaczenia. 😉 Udało się nam zgadać w trzy rodziny z dziećmi w prawie identycznym wieku (przedział wiekowy od 5 lat do pół roku). I wiecie, co się działo? Nie. Nie był to armagedon. 😀 Wręcz przeciwnie. Jeśli o mnie chodzi, to dawno tak nie wypoczęłam! Przede wszystkim dzieci przez większość czasu zajmowały się sobą. Każdy przywiózł jakieś zabawki i mimo, że zdarzały się kłótnie czy nieporozumienia, to nie były zdecydowanie mniejszego kalibru niż wstępują w domu.

Także, jeśli macie małe dzieci i „samotny wyjazd” nie pozwala Wam wypocząć tak samo jak nam, to polecam wyjazd grupowy. Z ludźmi, z którymi łączą Was np. dzieci. Jakkolwiek to brzmi. 😀

Dokąd iść?

No tak… Małe dzieci, dużo małych dzieci. I góry. Co tu z nimi robić? A gdy do tego dochodzi kiepska pogoda? My trafiliśmy na dwa dni takiego wiatru, że bywało ciężko ustać na ulicy w mieście. Więc totalnie musieliśmy zarzucić pomysł wyjścia w góry. Co prawda niby szukaliśmy, co można robić z dziećmi w Karpaczu (np. tu Karpacz – najlepsze atrakcje dla dzieci lub tu Karpacz z dzieckiem – co warto zobaczyć?), gdzie pójść. Ale przy takiej pogodzie? Gdzie wiatr prawie głowy urywa?

Czasami naprawdę nie trzeba iść daleko...
Czasami naprawdę nie trzeba iść daleko…

W piątek przyjechaliśmy późnym wieczorem, ok 18:00, dlatego jedyny spacer, jaki zaliczyliśmy, to do sklepu po drugiej stronie ulicy i kawałek wzdłuż parku. Bo Karpacz jakoś tak mało przychylnie nas wietrzyskiem przywitał.

W sobotę, zanim się nagadaliśmy, wypiliśmy kilka litrów kawy, dzieci się wybawiły i w końcu (!) zaczęły się lekko nudzić i ostatecznie się wyszykowaliśmy do wyjścia, było sporo po godzinie 12:00 w południe. Znów wiało jak diabli, poubieraliśmy dzieci i wyszliśmy ponownie na spacer.

Niby taki zwykły kamień...
Niby taki zwykły kamień…

W sumie zrobiliśmy nieduże koło wokół naszego weekendowego lokum. Dla dzieci nowość, bo jednak trasa wiodła pod górkę i z górki, gdzie trasę z górki najchętniej pokonywaliby biegnąc co sił w nogach.

Pod górkę? Phi!
Pod górkę? Phi!

W trakcie spaceru zatrzymaliśmy się na obiad. A idąc z powrotem zahaczyliśmy o deptak. I okazało się, że Karpacz jednak nie jest takie pusty. To tylko my kręciliśmy się po „bezdrożach”. 😉

Niektórzy zaliczyli też drzemkę
Niektórzy zaliczyli też drzemkę

Tymczasem sobota przywitała nas przepiękną pogodą. Słońce, prawie bezwietrznie. Zapakowani, wymeldowani postanowiliśmy pokazać dzieciom trochę gór. Ha! I co? I pstro. Pod Wangiem kolejki, ludzi mnóstwo, parking w cenie 10 zł za godzinę! Wyciąg na Kopę, którym chcieliśmy wjechać, niestety nie działał, więc ostatecznie znów przespacerowaliśmy się po Karpaczu.

Takiego spotkaliśmy zwierza
Takiego spotkaliśmy zwierza

Tym razem jednak zeszliśmy z dziećmi bardzo niespiesznym spacerkiem wzdłuż wyciągu Biały Jar Winterpol.

No stress...
No stress…

Do góry pojechaliśmy już wyciągiem, choć każda z nas – mam – drżała o maluchy. Okazało się to naturalnie niesamowitym przeżyciem dla dzieci. Po takich emocjach pojechaliśmy na obiad. Potem w drogę powrotną do domu.

Żeby jednak nie było nudno… Gdy tylko dzieci posnęły w autach, zajechaliśmy na najlepszą kawę w drodze – Orlen Stop Cafe. Spotkała nas tam też miła niespodzianka dla mam karmiących.

Orlen + Pampers = BRAWO
Orlen + Pampers = BRAWO
Plus wbudowany fotel do karmienia na ostatniej ścianie (akurat był zajęty :D)
Plus wbudowany fotel do karmienia na ostatniej ścianie (akurat był zajęty :D)
Wszystko czyściutkie, "świeże i pachnące"
Wszystko czyściutkie, „świeże i pachnące”

W dalszej drodze zahaczyliśmy jeszcze o Termy Cieplickie w Jeleniej Górze. Dzieci się wyskakały, popływały, wszyscy wymoczyliśmy ciałka, aż nam się paluszki pomarszczyły. 🙂

Dlaczego?

Zwykle wyjeżdżamy z domu, żeby odpocząć. Żeby coś zobaczyć, przeżyć, czegoś doświadczyć. Dlatego staramy się zaplanować różne atrakcje, niejeden wyjazd jest naszpikowany jedną atrakcją za drugą. Zwiedzamy zabytki, słuchamy ciekawych historii, cieszymy oczy cudami natury. Do tego dochodzi presja Facebooka, Instagrama i innych portali społecznościowych. Tak. Bo jak to tak? Przecież trzeba mieć się czym pochwalić przed znajomymi!

Gdy jednak pojawiają się dzieci, czasem wyjazdy stają się jeszcze bardziej męczące niż „zwykłe” życie w domu. Dlatego właśnie (przynajmniej w naszym przypadku) sprawdzają się wyjazdy z innymi parami, rodzicami i ich dziećmi. Dzieci mają używanie, rodzice odpoczywają i mnie lub bardziej świadomie wspierają się wzajemnie. I to wsparcie można odczuć nie tylko w trakcie wyjazdu. Ono zostaje. Zostaje w nas.

Jim Rohn –  amerykański pisarz, przedsiębiorca i mówca motywacyjny powiedział, że „jesteśmy wypadkową sumą 5 osób, z którymi najczęściej przebywamy”. Dlatego warto mądrze wybierać ludzi, którymi się otaczamy. I dbać o tych, na których nam zależy.

I tym samym w końcu dochodzę do sedna. Czy nasz brak planu, niewiele zrobionych kilometrów, w prawie nieinstagramowym otoczeniu (czyli nie ma się czym chwalić) jest takie straszne? Czy każdy wyjazd musi być „naszpikowany” atrakcjami? Otóż nie. Nie. I jeszcze raz nie!

Bo najważniejsze nie jest gdzie. Ani dokąd i na jak długo. Najważniejsze to Z KIM. ❤️

Taka ekipa!
Taka ekipa!