Mama, O NAS, Zdrowie dzieci

Szpital Specjalistyczny im. A. Falkiewicza we Wrocławiu – Oddział Neonatologiczny

Chciałabym o tym zapomnieć, jednak każdy katar, kaszel, czy choćby przypadkowy „gil” sprawia, że szpital zaczyna mi się śnić po nocach. I nie są to bynajmniej miłe sny. Nie, żeby wizyta w szpitalu jawiła mi się jako trauma. W końcu udzielono nam pomocy. Wyszliśmy zdrowi. Ale jednak szpital, to nie dom.

Jak Miłosz miał ledwo ponad 2 tygodnie, dostaliśmy skierowanie do szpitala z podejrzeniem zapalenia krtani i tchawicy. W związku z tym, że oławski szpital nie ma oddziału dla noworodków, skierowaliśmy się do szpitala na Brochowie. Chciałabym (mam nadzieję po raz ostatni) podzielić się z Wami swoimi wrażeniami.

Oddział Neonatologii

Na oddział zgłosiliśmy się ok 18.00 wieczorem. Ledwo usiedliśmy pod drzwiami gabinetu, jakiś pan ostrzegł nas, że jak nie będziemy się upominać, to będziemy długo pod tymi drzwiami kwitnąć. Dlatego bardzo się zdziwiliśmy, gdy po 10 czy 15 minutach przyszła bardzo sympatyczna Pani położna. Również pani doktor, która przyszła niedługo później, okazała się bardzo miła i grzeczna. Nikt nas nie ochrzanił, że za późno przyszliśmy, za długo czekaliśmy, źle leczyliśmy do tej pory. Przyjęcie nie trwało długo. Szybko i sprawnie zbadano malucha, wypełniono dokumenty. I poinformowano nas o warunkach, w jakich będziemy przebywać…

Które to piętro?

Cały pobyt w szpitalu biegałam między dwoma piętrami (czasami trzema). Dlaczego? Ano dlatego, że Miłosz był na 4-tym piętrze, na oddziale neonatologii w tzw. „boksie”. Ja z kolei miałam swoje lokum na piętrze nr 1,w tzw. hotelu. Czasem zbiegałam na parter do bufetu na naleśniki ze szpinakiem albo kawę.

Największe moje zdziwienie i bunt budziło właśnie to, że nie mogłam być cały czas z dzieckiem. Co prawda nikt mnie nie wyganiał i miałam obok niego swój „tron”, ale uwierzcie… Po paru już godzinach robił się mało wygodny.

Mimo wszystko starałam się jak najdłużej i najczęściej być z maluchem. Czasem jednak spać, coś zjeść, choć chwilę odpocząć trzeba. A co w momencie, gdy nie było mnie przy bobasie, a ten zaczynał płakać? Panie położne puszczały tzw. sygnał. Każda mama zostawiała paniom położnym swój nr telefonu. Gdy dostawałam sygnał z dołu, wiadomo było, że trzeba biec. Więc biegałam… Co prawda można było korzystać z windy, ale ja wolałam schody. Zawsze to trochę ruchu. Ale nie raz zdarzyło mi się pomylić piętra i zamiast do góry pójść na dół albo odwrotnie…

Hotel

Hotel w szpitalu na Brochowie to 2 pokoje, w których jest do dyspozycji 6 łóżek. Przy każdym jest szafka nocna, umywalka w pokoju, nieduże pomieszczenie kuchenne na zewnątrz (na wspólnym korytarzu) z lodówką, zlewozmywakiem, mikrofalówką. Są też sztućce i naczynia typu talerze czy kubki. Kawałek dalej jest toaleta z prysznicem, z której korzystają także pracownicy administracyjni szpitala.

Opłata za szpital: 30 zł za noc, jest uiszczana do 3 dni po wyjściu ze szpitala przelewem na konto. Z dopiskiem darowizna.

Z tego, co pisały dziewczyny na grupie, a także z rozmów na oddziale wynika, że powinnam się cieszyć, iż w ogóle w hotelu było miejsce. Bywa bowiem, że miejsc nie ma i do dziecka trzeba dojeżdżać. Jak przy tym karmić piersią? 😱

Wyżywienie

Co sobie przyniesiesz, co dowiedzie Ci rodzina lub znajomi – to zjesz. Pod warunkiem oczywiście, że znajdziesz na to chwilę. Ale jeść trzeba, bo skąd brać siły?

Wyżywienie w hotelu nie obowiązuje. Jeśli mama nie jest przyjęta na oddział, nie ma co liczyć na szpitalny wikt. Na parterze jest bufet i można z niego korzystać (odpłatnie oczywiście). Niedaleko szpitala jest także Biedronka. Pewnie są i inne sklepy, itp, ja jednak nigdzie się ze szpitala nie ruszałam i nie podpowiem gdzie, co i jak.

Lekarze

Na oddziale mieliśmy do czynienia z trzema bodajże paniami – doktor prowadząca i jeszcze dwie inne.

Doktor prowadząca była, moim zdaniem, specyficzna. W pierwszej chwili nieprzyjemna, potem albo się przyzwyczaiłam, albo jednak Pani doktor bywa też miła. Na pytania odpowiadała, ale czasem czułam się jak idiotka pod jej wzrokiem. Chyba głupie pytania zadawałam, choć mówią, że takich nie ma. Gdy raz nie było mnie na obchodzie (nie zadzwoniono po mnie, a poleciałam szybko coś zjeść), poszłam do dyżurki neonatologów. Pani doktor powiedziała mi jedynie, że leczenie trwa i dopiero na 8my dzień będziemy wiedzieć więcej. Było krótko, zwięźle i bardzo niemiło. W stylu „czego ty kobieto ode mnie chcesz?!”.

Dwie pozostałe panie były uśmiechnięte, nie traktowały mam jak natrętne muchy, „przeszkadzajki”, zadające głupie pytania.

To jednak, co najbardziej mnie zaskoczyło i zabolało, to pierwszy obchód właśnie. Zaaferowana całą sytuacją nie sprawdziłam, kiedy jest obchód. Z drugiej strony panie położne powiedziały, że będą dzwonić. I zadzwoniły. A i owszem. Tylko nikt mnie nie uprzedził, że w trakcie wizyty lekarza wszystkie mamy stoją pod drzwiami, słuchają płaczu dzieci i czekają. Dopiero po tym, jak dzieci zostaną zbadane, mamy są zapraszane pojedynczo na „pogadankę” z Panią doktor.

Gdy zapytałam, dlaczego tak jest, w odpowiedzi usłyszałam, że to przez RODO. Hmm… Co prawda na jednej sali leżało razem kilka noworodków (z uwagi na żółtaczkę lub zapalenie ucha), ale jakoś na oddziale noworodkowym, po porodzie to nie jest problem. Więc do dziś nie bardzo to rozumiem. Jeden raz dałam się wyprosić. Na kolejny dzień nastawiałam się na walkę o zostanie przy dziecku. Dzięki Bogu nie musiałam walczyć. Przyszła inna Pani doktor i wręcz zaprosiła do towarzyszenia dziecku w trakcie wizyty. I okazało się, że jednak można… Każdego kolejnego dnia modliłam się, żeby przyszła inna Pani Doktor niż prowadząca. A potem po prostu do momentu obchodu byłam cały czas przy dziecku i karmiłam. Mama nadzieję, że samą postawą ciała pokazywałam, że ja się stąd nie ruszam. Co by to nie było, po tych dwóch razach więcej mnie nie wyproszono.

Położne

Jak to wszędzie – ludzie bywają różni. Były panie położne, z którymi chętnie, często o i miło się rozmawiało. Były też panie, które wolałam omijać z daleka i gdy pojawiały się na zmianie, miałam ochotę się gdzieś schować. No bywa… Nie do wszystkich musimy pałać miłością, prawda?

Dziećmi panie położne zajmowały się jednak z uczuciem. Naprawdę. Zaledwie parę razy (choć i to nie powinno się zdarzać) widziałam sytuację, gdzie maluchy płakały dłużej niż moim zdaniem powinny. Zmęczenie przemawiało i przez położne. Zdarzały się dni, gdzie naprawdę uwijały się jak w ukropie.

I jak to bywa również na tym polu doświadczyłam tych przyjemnych i nieprzyjemnych rzeczy. Raz nakarmiono malucha mm, zanim zdążyłam przyjść. Za długo nie przychodziłam. Fakt, po całej nocy biegania w te i we wte nie mogłam się rano zwlec z łóżka i dzwonek mnie nie obudził. Przyszłam o 5 minut za późno. Dosłownie.

Karmienie piersią to w ogóle temat rzeka. Nie było niestety dnia, żeby któraś z pań nie zapytała, czy aby na pewno mam pokarm w piersiach, czy mam go wystarczająco, itp, itd. W tej stresującej sytuacji to nie pomagało. Raz zdarzyło się nawet, że jedna z położnych mnie „obmacała” (niestety, ale tak się właśnie poczułam) o stwierdziła, że no oczywiście „puste piersi” mam. I koniecznie małemu trzeba dać butelkę. Nie zgodziłam się. Z żadnym z tych dwóch zdań. Potem słyszałam, jak panie szepczą za moimi plecami. Nie było mi miło, a tej Pani wolałam nie wchodzić w drogę. Tym bardziej, gdy usłyszałam, jak potrafi się odzywać. W boksie obok nas leżał również chłopiec z zapaleniem płuc. Położna przyszła do jego boksu i wyciągała jakiś sprzęt. Mama chłopca zapytała, a co to jest. Na co pani położną stwierdziła, że ona nie musi się z niczego tłumaczyć, a Pani (mama) nie musi tego wiedzieć. Okazało się, że wyciągany sprzęt nie był przeznaczony dla tego chłopca, jednak można było odpowiedzieć inaczej. Nie tak, żeby w pięty poszło. No cóż…

Były również położne, które naprawdę służyły wsparciem i dobrym słowem. Mimo, że na początku pobytu byłam jedną z nielicznych mam, które karmiły piersią i czułam się dość dziwnie. To, co jeszcze mnie zdziwiło, to bardzo duża liczba mam, które biegały z laktatorami. Rozumiem mamy maluchów, które leżały w inkubatorach. Jednak nie wiem, o co chodziło z resztą.

Aaa… A na korytarzowej tablicy znalazłam takie kwiatki…

Dieta matki karmiącej
Dieta matki karmiącej
Takie tam ogłoszenie
Takie tam ogłoszenie

Ogólne wrażenia

Mogłam ten post napisać dużo wcześniej. Nie chciałam jednak pisać go pod wpływem emocji. Potrzebowałam czasu. I z jego perspektywy wiem, że ten pobyt był konieczny. Nie tylko ze względu na zdrowie malucha, ale chyba też, żeby docenić jeszcze bardziej oławski oddział noworodków. Na pewno jeśli chodzi o warunki, lekarzy, a także położne i jednak ich wiedzę o laktacji i chęć pomocy. Na Brochowie jedyna pomoc w laktacji, jaką mi zaoferowano, to butelka z mm. Gdzie to rozwiązanie powinno być na samym końcu. Jeden jedyny raz położna chyba z innego oddziału próbowała pomóc mi przystawić malucha i oceniła, w jaki sposób sama go przystawiam. Ani razu mi nie zaproponowano pomocy doradcy laktacyjne go (sama też o nią jednak nie prosiłam, muszę przyznać). Była jedna jedyna położna, która próbowała mnie uspokoić, rozmawiała i po prostu kazała karmić dalej, nie poddawać się.

Pobyt w tym szpitalu nie był żadną traumą. Doceniam plusy, ale widzę też minusy. Doceniam to, że było to „tylko” zapalenie płuc i współczuję z całego serca rodzicom wszystkich przewlekle chorych dzieci. Bo patrzeć na cierpienie dziecka wiąże się z najgorszym z możliwych bólem.

Mam (całe szczęście!) niewielkie doświadczenie ze szpitalami. Mam nadzieję też, że to doświadczenie nie będzie rosło. Nie mogę przez to porównać tego oddziału z żadnym innym. Mogę jedynie wymienić się swoimi spostrzeżeniami i chętnie wysłucham Waszych!

Zdrówka życzę! 😘

1 thought on “Szpital Specjalistyczny im. A. Falkiewicza we Wrocławiu – Oddział Neonatologiczny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *