Nie nazwę tego warsztatem. Bo warsztat to jednak gotowe narzędzia, jakaś checklista, coś do zastosowania „od zaraz”. To było seminarium. Z elementem inspirującym. Takim, który nie daje gotowych odpowiedzi, a zostawia cię z pytaniami, które mogą wracać jeszcze długo po wyjściu z sali.
To był mój drugi, a może trzeci raz na spotkaniu prowadzonym przez Kasię Kubiczek. I za każdym razem wychodzę z czymś innym.
Dla mnie jako mamy.
Dla mnie jako Agaty.
Dla mnie jako żony.
Bo to, co opowiada Kasia, to nie są historie z podręcznika, ale przykłady z życia. Takie, przy których czasem robi się cicho… a czasem wręcz odwrotnie – gorąco. Bo nagle okazuje się, że coś, co miało być „dobrym wychowaniem”, jest może tylko dobrze opakowanym starym schematem.

Wszystko rozbija się o… poczucie własnej wartości
Jeśli miałabym wyciągnąć jeden wątek, który podczas spotkań z Kasią wraca jak refren, to byłoby właśnie to.
Nie metody.
Nie techniki.
Nie „jak reagować”.
Tylko: kim jesteśmy w relacji z dzieckiem. I czy mamy w sobie takie miejsce, w którym możemy powiedzieć:
- wiem, co czuję,
- wiem, co myślę,
- i nie muszę tego przed sobą ukrywać.
Bo poczucie własnej wartości nie rośnie od tego, że jesteśmy „lepszymi rodzicami”. Ono rośnie wtedy, gdy jesteśmy w kontakcie z samymi sobą. A jego brak?
Czasem widać go tam, gdzie się go najmniej spodziewamy:
- w nieadekwatnej złości,
- w trudnościach w relacjach,
- w potrzebie przekonywania wszystkich do swoich racji,
- w lęku nawet w momentach radości,
- w unikaniu ryzyka i ciągłym „jeszcze jednym szkoleniu”,
- w tym, że czyjeś „nie” automatycznie odbieramy jak odrzucenie.
To nie są „problemy do naprawienia”. To są sygnały, którym warto się przyjrzeć.
Pewność siebie to nie to samo co poczucie własnej wartości
To był moment (jeden z wielu), który mnie zatrzymał. Bo my (ja na pewno!) często inwestujemy w pewność siebie:
- uczymy się,
- rozwijamy,
- zdobywamy kompetencje.
I to działa… ale tylko na chwilę. Bo pewność siebie jest jak pogoda i potrafi się zmienić w ciągu jednego dnia (albo i szybciej?). A poczucie własnej wartości? Zostając w pogodowych porównaniach, to bardziej jak klimat. Albo jest… albo go nie ma. I nie da się go „nauczyć”. Można je tylko… zbudować w relacji.
Relacja, nie zarządzanie dzieckiem
Jedno zdanie wraca do mnie wciąż wciąż od nowa: to nie jest relacja „osoba pracująca z dzieckiem”, to jest relacja rodzic – dziecko. Niby oczywiste. A jednak łatwo wpaść w tryb:
- reagowania,
- tłumaczenia,
- kontrolowania,
- poprawiania.
Tylko że… większość sytuacji dzieci nie wymaga naszej interwencji. Większość wymaga naszej obecności. A może czasem… nawet mniej niż obecności?
„Co mam robić?” (i odpowiedź, która jest niewygodna)
Na tych spotkaniach to pytanie pada często. I odpowiedź bywa zaskakująca: nic. Nie dlatego, że mamy się wycofać. Tylko dlatego, że:
- dziecko potrafi przejść przez emocje samo,
- a każda emocja jest jak tunel – wchodzi się jedną stroną, wychodzi drugą.
My bardzo chcemy skracać ten tunel. Naprawiać. Uspokajać. Tłumaczyć. Przekierowywać. A czasem wystarczyłoby… zaufać.

Za dużo rodzica
To było dla mnie mocne. Bo dzisiaj często słyszymy: bądź blisko, bądź uważna, reaguj, wspieraj. I to jest ważne.
Ale…
- można być za blisko,
- można być za bardzo,
- można być nadaktywnym rodzicem.
A wtedy dziecko nie ma gdzie być sobą.
Przywództwo bez strachu
Drugie spotkanie było o przywództwie, nie autorytarnym, ani nie „nowoczesnym na siłę”. Tylko takim… pośrodku. Bez zawstydzania, ale i bez tłumaczenia wszystkiego.
Bo (i to było dla mnie ciekawe):
- kiedy za dużo tłumaczymy – dzieci zaczynają kłamać,
- kiedy próbujemy przekazać im nasz świat – trudniej im zbudować swój własny.
I najważniejsze pytanie, które padło: czy moje dziecko ma przestrzeń, żeby być sobą… przy mnie? Nie tylko „grzeczne”. Nie tylko „ogarnięte” i nie tylko „takie, jakie wypada”. Tylko zwyczajnie prawdziwe.

Dzieci pokazują nam nas
To nie był jedyny moment, w którym zrobiło mi się… niewygodnie. Bo zamiast pytać, „co zrobić z dzieckiem?”, pojawia się pytanie: co to dziecko próbuje mi pokazać o mnie? I to już nie jest takie łatwe.
Nie da się wspierać dziecka, jeśli omijamy siebie
Nie da się być z d.zieckiem w jego smutku, jeśli sami nie chcemy dotknąć swojego. Nie da się nauczyć dziecka kontaktu z emocjami,
jeśli my sami uciekamy w działanie, analizę, „ogarnięcie”. Czasem to, co mamy zrobić jako rodzice, to… dać sobie to, czego sami nie dostaliśmy.
Na koniec (choć to raczej początek)
Wyszłam z tych spotkań bez listy „co robić”. Ale z kilkoma zdaniami, które gdzieś we mnie pracują:
- mniej słów.
- więcej zaufania.
- więcej ciekawości.
- mniej kontroli.
I z taką myślą, która zostaje: może w rodzicielstwie nie chodzi o to, żeby dzieci były „jakieś”, tylko żeby nie musiały od siebie uciekać.
Jeśli byłaś / byłeś na tych spotkaniach – jestem ciekawa, co zostało z Tobą.
A jeśli nie – może to jest ten moment, żeby przyjść.
Nie po odpowiedzi.
Tylko po pytania, które coś zmieniają.

Biblioteka Dobrych Relacji
Jeśli po tych spotkaniach czujesz, że coś w Tobie zostało poruszone i chcesz pójść krok dalej — przypominamy, że w Warsztatowni pod skrzydłami Fundacji Nasza Mozaika działa Biblioteka Dobrych Relacji.
To zbiór książek, które uznajemy za wartościowe w kontekście budowania relacji — ze sobą, z dziećmi, z partnerem. Wśród nich znajdziesz również publikacje Jespera Juula, do których odwołuje się również Kasia podczas naszych spotkań.
Możesz przyjść, zajrzeć, wypożyczyć książkę i sprawdzić, czy to jest coś dla Ciebie. Bez presji. Bez konieczności kupowania, bo czasem wystarczy jedno zdanie z książki, żeby coś w nas „kliknęło”. A czasem potrzeba więcej czasu, więcej stron… albo własnego egzemplarza na półce. My nie prowadzimy sprzedaży — zostawiamy Ci przestrzeń, żebyś sama / sam zdecydował, co z Tobą zostaje.
Książki znajdziesz w Warsztatowni Łąkowa 2 — możesz do nich zajrzeć przy okazji każdych zajęć i spotkań.
P.S.
Jeśli trafia do Ciebie to, co piszę, zostań tu na dłużej. Znajdziesz tu trochę normalności, trochę ciepła i trochę śmiechu przez łzy.
To nie jest blog o idealnym macierzyństwie.
To jest blog o mnie. O mamie, która stara się, jak może. Po swojemu, każdego dnia.
A jeśli ten wpis Cię rozbawił, poruszył albo sprawił, że poczułaś się mniej samotna w tym codziennym chaosie – możesz postawić mi choćby kawę. Każda kawa to bezcenna dla mnie wskazówka, że to, co tu piszę, przydaje się innym. A każde słowo uznania i to symboliczne „dziękuję” uskrzydla jak nie wiem co. 🙂


