W ubiegłą sobotę w Warsztatownia Łąkowa 2 odbyło się czwarte spotkanie z cyklu z Kasią Kubiczek. Tym razem zebrałyśmy się, żeby przyjrzeć się tematowi, który potrafi naprawdę „namieszać”: granice i sztuka mówienia „nie” z czystym sumieniem. I zaczęłyśmy od najprostszego słowa świata. Nie. Jak się z nim macie?
„Nie” – krótkie, proste, bez tłumaczeń
Jedna z rzeczy, która wybrzmiała najmocniej:
krótka forma jest wystarczająca.
Nie.
I koniec.
Bez rozbudowanych uzasadnień. Bez tłumaczenia się. Bez opiekowania się emocjami drugiej strony. Bo każde dodatkowe zdanie często jest… oddawaniem odpowiedzialności. Tak jakbyśmy mówiły: „zobacz, czy to dla ciebie okej, że ja odmawiam”. A przecież to jednak my jesteśmy dorosłe. Co więcej – jeśli chcemy, żeby nasze dzieci potrafiły kiedyś powiedzieć „nie” w ważnych momentach (również w kontekście presji rówieśniczej, używek, relacji), to muszą zobaczyć, jak my to robimy. Krótko. Pewnie i bez wchodzenia w długie wyjaśnienia.

Granice nie są przeciwko relacji. One ją tworzą
Padło zdanie, które we mnie zdecydowanie zostanie na długo:
Konfrontacje budują rodzinę.
Codzienność to nieustanne próby przekraczania granic. Dzieci sprawdzają, gdzie jest ten moment „dość”. I jeśli próbujemy zmiękczać komunikat, łagodzić ton, negocjować w nieskończoność… to one będą próbować dalej. Aż w końcu trafią na mur.
I paradoksalnie – ten mur daje im poczucie bezpieczeństwa.
„Nie” a emocje dziecka
To nie było spotkanie o byciu „twardą mamą”. To było spotkanie o świadomym byciu dorosłą osobą w relacji. Bo „nie” nie oznacza odrzucenia emocji dziecka. Można powiedzieć „nie” i jednocześnie:
- przyjąć emocje,
- być blisko,
- przytulić.
Kasia pokazała bardzo konkretny obraz: kiedy dziecko wpada w histerię, można je przytulić… nawet od tyłu. Nie po to, żeby zatrzymać emocje. Ale żeby dać im bezpieczną przestrzeń do przeżycia. Bo dzieci nie potrzebują, żebyśmy wszystko nazywały i tłumaczyły.
Potrzebują czuć i przechodzić przez emocje.
Rodzic też ma potrzeby
Mocne (i dla wielu z nas nieoczywiste) zdanie:
Potrzeby rodzica są tak samo ważne jak potrzeby dziecka.
A nawet – w zdrowym modelu rodziny – to dorosły bierze odpowiedzialność za siebie i swoje decyzje. Nie jesteśmy ofiarami naszych dzieci. Nie jesteśmy „uwięzione” w ich potrzebach. To my decydujemy.

A co z tłumaczeniem?
Tłumaczenie ma swoją funkcję – szczególnie u młodszych dzieci, gdzie pomaga im się regulować.
Ale jednocześnie:
- może być nawykiem,
- może być czymś, co… same kiedyś dostałyśmy,
- może być próbą uniknięcia dyskomfortu.
Bo prawda jest taka, że: „nie” jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w rodzicielstwie.
Autonomia, wpływ i… trochę miejsca dla dziecka
W rozmowie pojawił się też ważny balans:
- nie opieramy rodzicielstwa na kontroli,
- mamy wpływ (np. na to, co jest w domu),
- ale nie kontrolujemy wszystkiego.
Dzieci uczą się przez przykład. A relacja to nie miejsce, gdzie zawsze jest „po mojemu”. Czasem jest. Czasem – nie. I to też jest okej.
I jeszcze jedno: bliskość od początku
Ważne doprecyzowanie:
dzieci 0–18 miesięcy są poza tym systemem granic „jak u dorosłych”.
Tu króluje bliskość, uważność, reagowanie na potrzeby.
Granice wchodzą później – razem z rozwojem.
Następne spotkanie
Jeśli czujesz, że ten temat w Tobie pracuje (a podejrzewam, że pracuje…), to zapraszam Cię na kolejne spotkanie z Kasią Kubiczek.
Już w najbliższą sobotę o 18:00 w Warsztatownia Łąkowa 2
temat: „Rodzice jako para”.
Bo kiedy uczymy się być w relacji z dzieckiem… nie możemy zapominać o tej pierwszej relacji, od której wszystko się zaczęło.
Przyjdź. Posłuchaj. Pobądź.
A może też… powiesz swoje „nie” temu, co już Ci nie służy.
P.S.
Jeśli trafia do Ciebie to, co piszę, zostań tu na dłużej. Znajdziesz tu trochę normalności, trochę ciepła i trochę śmiechu przez łzy.
To nie jest blog o idealnym macierzyństwie.
To jest blog o mnie. O mamie, która stara się, jak może. Po swojemu, każdego dnia.
A jeśli ten wpis Cię rozbawił, poruszył albo sprawił, że poczułaś się mniej samotna w tym codziennym chaosie – możesz postawić mi choćby kawę. Każda kawa to bezcenna dla mnie wskazówka, że to, co tu piszę, przydaje się innym. A każde słowo uznania i to symboliczne „dziękuję” uskrzydla jak nie wiem co. 🙂


