Był taki dzień mijającej zimy, gdzie plan był jak zawsze ambitny. Najpierw Karkonosze. Potem Masyw Śnieżnika. A skończyło się na biegówkach w okolicach Zieleńca. I do dziś nie mogę uwierzyć, że one się na to zgodziły.

Bo ustalmy fakty.
-
Dwie z nich były na biegówkach raz w życiu. Ze mną. Dwa lata temu.
-
Trzecia nie była nigdy, choć dzielnie oswaja zjazdówki.
-
Jedna z tych „raz w życiu” zakończyła tamten wyjazd na SOR-ze ze złamanym kciukiem.
-
Ja mam skręconą w styczniu kostkę, która wciąż czasem przypomina, że coś ją boli.
Gdzie tu rozsądek?
No średnio.
Ale prognozy na całym Dolnym Śląsku były jak ponury żart: chmury, mleko, deszcz ze śniegiem, brak widoków. W Jakuszycach Bieg Piastów – trasy pozamykane. Spalona i Jagodna odpadały, bo wizja długiego zjazdu z Jagodnej powodowała w niektórych lekkie napięcie mięśni twarzy.
Zieleniec wydawał się…
najmniej nierozsądny.
Choć kiedy zaproponowałam trasę Zieleniec – Orlica – Masarykova Chata, byłam przekonana, że usłyszę zbiorowe:
„Agata, nie.”
Nie usłyszałam.
Nie było ani jednego słowa sprzeciwu. Leciutka niepewność – owszem.
Nie chcę zabrzmieć jak ktoś zapatrzony w siebie, ale miałam poczucie, że zgodziły się trochę… dla mnie. I miałam ochotę każdą wyściskać. Wirtualnie, realnie, nawet kanapki bym im zrobiła, gdyby zażądały. Gdyby trzeba było, zrobiłabym im śniadanie do łóżka. A ściągnięcie mnie z łóżka wcześniej niż to konieczne to nie jest prosta sprawa.
Zamówiłam sprzęt online. Wyznaczyłam trasę.
Zapakowałam nas do naszego rodzinnego „autobusu”.
A na miejscu zrobiłam instruktaż w stylu „jak ja to robię i u mnie działa”.
Najdłuższe podejście? Od parkingu przy Kamieniu Heinricha Rübartscha. Przy kamieniu nie ma zbyt wielu miejsc parkingowych, a nie wiedząc, jakie tam będą warunki, zaparkowałyśmy kawałek dalej na dużym i bezpłatnym parkingu (ten przy Kamieniu też jest bezpłatny). Stamtąd pod Orlicę.
Na wieżę nie wchodziłyśmy. Byłyśmy dwa lata temu i widok był identyczny: chmury jak mleko, widoczność na dwa metry, więc tym razem poszłyśmy dalej.

Po czeskiej stronie
Po czeskiej stronie zaczynał się ślad. I tam to już była totalna magia.
Śnieg był sypki, miękki, posłuszny (można tak powiedzieć?). Temperatura była zimowa, prawdziwa, ale mimo to przyjemna. Czasem lekko sypnęło śniegiem z nieba, trochę zawiało wiatrem. Ale las był jak z baśni, w której ktoś przykręcił dźwięki zewnętrznego świata. Jechało się jak po aksamicie (przynajmniej mi).
Dojechałyśmy do Masarykovej Chaty. To tam było najzimniej. Minus siedem, więc bez tragedii. Ale wiało, jakby ktoś testował naszą determinację. Tam stwierdziłyśmy chóralnie, że zdecydowanie dobrze wybrałyśmy tym razem trasę, prowadzącą przez las. Bo ten naprawdę nas otulał podczas tej wycieczki, nie tylko przed wiatrem, ale też przed tłumem ludzi, dźwiękami świata zewnętrznego.
Chwilę po tym, jak stanęłyśmy w kolejce schroniska, odkryłyśmy, że mamy za mało gotówki. A kartą tu się płacić nie da.
Zrobiłyśmy więc to, co robią kobiety w górach: wysypałyśmy zawartość wszystkich kieszeni na stół i zaczęłyśmy liczyć.
Starczyło.
Na obiad.
Na kofolę.
I nawet na napiwek.

Masarykova to w ogóle inna liga schroniskowa. Kelnerzy prowadzą do stolików, zamówienie przyjmowane przy oknie, jedzenie przyniesione szybko. Siedziałyśmy przy oknie i trochę tam zmarzłyśmy, ale nikt nie narzekał. Godzina minęła niepostrzeżenie.
Wracamy
Powrót był spokojny. Nie pędziłyśmy. Dziewczyny nie walczyły z prędkością, a ja w końcu nie musiałam nikogo gonić. To był chyba pierwszy wyjazd od bardzo dawna, kiedy to ja mogłam być z przodu. Miałam ogromną ochotę jechać, machać nogami, ślizgać się, sunąć i czerpać. Ale mogłam też czekać. Tym razem to ja mogłam czekać na innych. 🙂 A dzięki temu mogłam też patrzeć, słuchać, wdychać zimowe powietrze, cieszyć się tym, że tam jesteśmy.

Mogłam podziwiać śpiący pod śniegiem las. Ciszę, która koi zmęczone dźwiękami uszy. Mogłam wdychać zapach zmarzniętych drzew. Nareszcie miałyśmy czas na zdjęcia w zaspach, na detale zamarzniętych gałązek i na śmiech. Na rozmowy, które zwykle giną w hałasie życia.
Do Zieleńca zjechałyśmy nie z ulgą, tylko z delikatnym żalem, że to już koniec.
Sprzęt oddany.
A potem jeszcze kawa w Dusznikach.
Kawa
Polecamy Cukier Puder – kawa korzenna, ogromne kawałki ciasta, gofry wielkości marzeń. Siedziałyśmy tam jak cztery bohaterki małej wyprawy polarnej, tylko w legginsach i z rozmarzeniem na zaczerwienionych twarzach.

Wiem, że słowo wdzięczność bywa nadużywane. Ale ja naprawdę ją czuję. Wciąż i nieprzerwanie.
Za kostkę, która współpracowała.
>Za pogodę, która zrobiła nam baśń bez widoków, ale za to z niesamowitym klimatem.
-start=”3746″ data-end=”3749″ />>Za śnieg, który był jak świeżo rozłożona kołdra.
I przede wszystkim za dziewczyny.
Za to, że pojechały.
Że zaufały.
Że zrobiły ze mną coś, co dla mnie jest czystą radością, nawet jeśli dla nich jest lekkim wyjściem z ich strefy komfortu.
I że – uwaga – nie powiedziały „nigdy więcej”.
A to już jest obietnica kolejnej wyprawy.
I ja już czuję, jak mi się oczy świecą na samą myśl.

Podobne wpisy
Jeśli trafia do Ciebie to, co piszę, zostań tu na dłużej.
Znajdziesz tu trochę normalności, trochę ciepła i trochę śmiechu przez łzy.
To nie jest blog o idealnym macierzyństwie.
To jest blog o mnie. O mamie, która stara się, jak może. Po swojemu, każdego dnia.
Poniżej znajdziesz bezpośrednie linki do kilku poprzednich wpisów z cyklu #zpamiętnikamamy. Dobrej lektury! Ściskam.
Z pamiętnika mamy, która… ma dość kultu „nienarzekania”
Z pamiętnika mamy, która nie chce spełniać oczekiwań całego świata.
Z pamiętnika mamy, która miała dziś nie krzyczeć…
Z pamiętnika mamy, która znów się spóźniła
Z pamiętnika mamy, która znowu zapomniała
Z pamiętnika mamy, która nie chce być szoferem
Z pamiętnika mamy, która pogubiła się w zmęczeniu
Z pamiętnika mamy, która… dawała świetnie radę
P.S.
Jeśli ten wpis Cię rozbawił, poruszył albo sprawił, że poczułaś się mniej samotna w tym codziennym chaosie – możesz postawić mi choćby kawę. Każda kawa to bezcenna dla mnie wskazówka, że to, co tu piszę, przydaje się innym. A każde słowo uznania i to symboliczne „dziękuję” uskrzydla jak nie wiem co. 🙂


