Mam 39 lat.
Rocznikowo – 40.
I wciąż się tego uczę.
Uczę się dawać sobie prawo do swojego miejsca.
Uczę się mówić „to jest dla mnie ważne”.
Uczę się, że mogę robić to, co sprawia mi radość i przyjemność — i że nie muszę za to przepraszać.

Na dzień dzisiejszy wiem jedno: to, że mogę robić to, co kocham, nie wydarzyło się samo. Ani „z dnia na dzień”. Nie wydarzyło się bez potknięć, czy bez wewnętrznych bitew i poczucia winy, które latami siedziało (i wciąż czasem przysiada) mi na ramieniu.
Bo tak — mój mąż stoi obok. Zajmuje się dziećmi, ogarnia dom. Nie robi mi „przysługi”, czy też nie pomaga (nienawidzę tego określenia). Robi to, co jest naszą wspólną odpowiedzialnością.
Ale prawda jest taka, że to nie jego postawa była dla mnie najtrudniejsza do oswojenia.
Najtrudniejsza była i wciąż jest – moja własna głowa.
Ta, która szepcze:
„A czy na pewno możesz?”
„Nie powinnaś być teraz w domu, przy dzieciach?”
„Może jednak powinnaś przemyśleć swoje priorytety?” (Zwłaszcza to pytanie prześladuje mnie najczęściej.)
Jeśli jednak chcę uczyć innych — jogi, uważności, bycia w ciele — to muszę uczyć też siebie.
A rozwój, szkolenia, kursy, czas na praktykę własną, czas na bycie uczennicą — to nie luksus.
To odpowiedzialność.
Bo nie da się dobrze prowadzić innych, stojąc w miejscu.
I równolegle z tym przychodzi do mnie kolejna lekcja/ refleksja.

Granice
Wciąż zdarzają się sytuacje, w których moje granice są przekraczane. Czasem jest to bardzo subtelne — przez dobre (ale nieproszone) rady, sugestie, oczekiwania. Czasem dzieje się to wprost — przez naciski, otwartą krytykę, a nawet kpiny czy umniejszanie temu, co robię. Czasami przez totalnie obcych mi ludzi, a czasem — i to boli najbardziej — przez bliskich.
Uczę się zauważać, kiedy coś we mnie się napina i kiedy moje ciało mówi: „halo, coś tu nie gra”. Tym samym uczę się ufać temu napięciu i swojemu ciału.
Czego jeszcze się uczę? Uczę się, że mogę powiedzieć „nie”.
Bez tłumaczenia się.
Bez elaboratów.
Bez poczucia, że muszę wszystkich uspokoić, zadowolić, wygładzić.
I w tym wszystkim mam jeden ogromny dylemat:
Jak mam nauczyć moje dzieci stawiania granic, jeśli sama wciąż się tego uczę?
Jak uczyć ich, że „nie” to pełne zdanie, skoro moje „nie” przez lata brzmiało niczym: „przepraszam, że przeszkadzam (żyję)”?
Jak mówić im, że mają prawo się bronić, skoro sama czasem wciąż oddaję swoje granice dla tzw. „świętego spokoju”?

A może…
Może dzieci nie potrzebują idealnego przykładu?
Może potrzebują takiego, który jest prawdziwy.
Może nie chodzi o to, żebym wszystko umiała.
Ale o to, żebym pokazywała proces.
Że granice to coś, czego się uczymy.
Że można się mylić.
Że można zmienić zdanie.
Że można dojrzewać do siebie.
Bo granice to nie mury.
Wg mnie granice to takie szczególne drzwi.
A ja uczę się coraz częściej te drzwi zamykać — gdy tego potrzebuję.
I otwierać je szeroko — wtedy i tam, gdzie tego naprawdę chcę.
I uczę się jeszcze jednego:
że dbanie o siebie, o swój rozwój, o swoje pasje, o to, co mnie karmi — nie oddala mnie od moich dzieci.
To mnie do nich przybliża.
Bo pokazuje im, że dorosła kobieta, mama, może być obecna.
I jednocześnie może być sobą.

Podobne wpisy
Jeśli trafia do Ciebie to, co piszę, zostań tu na dłużej.
Znajdziesz tu trochę normalności, trochę ciepła i trochę śmiechu przez łzy.
To nie jest blog o idealnym macierzyństwie.
To jest blog o mnie. O mamie, która stara się, jak może. Po swojemu, każdego dnia.
Poniżej znajdziesz bezpośrednie linki do kilku poprzednich wpisów z cyklu #zpamiętnikamamy. Dobrej lektury! Ściskam.
Z pamiętnika mamy, która… chce wszystkiego naraz
Z pamiętnika mamy, która… ma dość kultu „nienarzekania”
Z pamiętnika mamy, która… znowu się wspięła (tym razem na Ślężę).
Z pamiętnika mamy… która zaspała na własną wyprawę w góry
Z pamiętnika mamy, która nie chce spełniać oczekiwań całego świata.
Z pamiętnika mamy, która miała dziś nie krzyczeć…
Z pamiętnika mamy, która znów się spóźniła
Z pamiętnika mamy, która znowu zapomniała
Z pamiętnika mamy, która nie chce być szoferem
Z pamiętnika mamy, która pogubiła się w zmęczeniu
Z pamiętnika mamy, która żyje tu i teraz… prawie zawsze
Z pamiętnika mamy, która… korzysta z pomocy psychoterapeutki
Z pamiętnika mamy, która… dawała świetnie radę
P.S.
Jeśli ten wpis Cię rozbawił, poruszył albo sprawił, że poczułaś się mniej samotna w tym codziennym chaosie – możesz postawić mi choćby kawę. Każda kawa to bezcenna dla mnie wskazówka, że to, co tu piszę, przydaje się innym. A każde słowo uznania i to symboliczne „dziękuję” uskrzydla jak nie wiem co. 🙂


