Moje dzieci tarzają się po trawie. Najmłodsza, czterolatka, skacze po swoim dziewięcioletnim bracie. Jest śmiech, przepychanki, zapasy. Z boku wygląda to jak całkiem piękny obrazek dzieciństwa. I rzeczywiście nim jest. Tylko że ja, stojąc po drugiej stronie, zastanawiam się już, za ile sekund ktoś zacznie płakać.
„Life isn’t perfect, but it’s still yours to love.”
Życie nie jest idealne, ale nadal jest twoje i możesz je kochać.
Taki napis ostatnio znalazłam.
I kiedy na niego patrzę, myślę sobie, że właściwie trudno o lepszy komentarz do mojego macierzyństwa.

„Mamo, on mnie uderzył!”
Moje dzieci się tarmoszą.
Szczególnie chłopcy. Przepychają się, siłują, robią sobie zapasy, rzucają się na siebie. Dziewczyny też potrafią ochoczo dołączyć. I mnie to wkurza. Bo ja już doskonale wiem, jak często „my się tylko bawimy” w ciągu trzydziestu sekund zamienia się w: „MAAAAAMO!” Ktoś przesadził. Ktoś nie zauważył, że drugiemu przestało być zabawnie. Ktoś powiedział „stop”, ale drugi nie usłyszał. Albo nie chciał usłyszeć. Czasem zostaje zadrapanie. Czasem siniak. Czasem złość i poczucie krzywdy. Czasem ból jest bardziej wewnętrzny niż zewnętrzny.
I wtedy wchodzę ja.
Tylko że ja też nie zawsze wiem, co właściwie powinnam zrobić.

Nam nie wolno było się bić
Kiedy my byliśmy dziećmi, takie sytuacje dość szybko ucinali dorośli.
Nie wolno się bić.
Nie wolno się tarmosić.
Koniec.
I z tego, co pamiętam, zdarzało się, że egzekwowanie tego zakazu kończyło się… klapsem.
Dzisiaj widzę w tym paradoks, którego jako dziecko oczywiście nie analizowałam: Nie bij. Bo nie wolno bić. A jeśli nie posłuchasz, dorosły może uderzyć ciebie. Nie chcę tego powtarzać.
Nie dlatego, że jestem oazą spokoju. Nie jestem.
Mnie też puszczają nerwy. Zdarza mi się krzyknąć. Zdarza mi się powiedzieć coś za ostro. Zareagować inaczej, niż chciałabym zareagować. Wieczorem pomyśleć: kurczę, mogłam zrobić to inaczej.
Ale nie chcę bić moich dzieci.
I nie chcę uczyć ich, że silniejszy może użyć swojej przewagi, żeby wymusić posłuszeństwo. Tylko że kiedy odrzucam rozwiązania, które kiedyś wydawały się oczywiste, zostaje cała trudniejsza część.

Pozwalać czy przerywać?
Czy mam pozwalać im się siłować, jeśli wszyscy tego chcą? Czy powinnam przerwać wcześniej, skoro wiem, jak często kończy się to awanturą? Czy interweniować przy pierwszym „stop”? A może czasami nie wchodzić między nich od razu i pozwolić im spróbować samodzielnie rozwiązać konflikt? Jak nauczyć dziecko rozpoznawać własne granice? Jak nauczyć je zauważać granice drugiego człowieka? Jak nauczyć, że czyjeś „stop” naprawdę oznacza stop, nawet jeśli przed chwilą wszyscy świetnie się bawili? Nie znam odpowiedzi na wszystkie te pytania.
I mam wrażenie, że im dłużej jestem mamą, tym mniej wierzę, że gdzieś istnieje jedna właściwa instrukcja obsługi dziecka. A już na pewno nie czwórki dzieci.
Bo to przecież czworo różnych ludzi.
Mam cały ocean rodzicielskich wątpliwości
Czasem naprawdę nie wiem, czy robię dobrze.
Czy nie odpuszczam za dużo? Czy nie kontroluję za bardzo? Czy wystarczająco jasno stawiam granice? Czy powinnam wcześniej reagować? Czy może właśnie powinnam częściej się wycofać i pozwolić im samym doświadczać konsekwencji, dogadywać się, kłócić i godzić? Czy to, jak wychowuję moje dzieci dzisiaj, za dziesięć czy dwadzieścia lat okaże się dla nich dobre?
Nie wiem.
Mam cały ocean rodzicielskich wątpliwości. I może właśnie dlatego coraz bardziej przeszkadzają mi proste odpowiedzi na bardzo skomplikowane pytania.
Nie, moim dzieciom nie potrzeba „męskiej ręki”
Nie potrzebuję „dobrych rad”, że dzieciom „brakuje męskiej ręki”.
Ani że ich tata powinien „w końcu zacząć je wychowywać”.
Ani że trzeba je po prostu „krótko trzymać”.
Ich tata je wychowuje.
Razem ze mną.
Nie zawsze robimy wszystko tak samo. Mamy różne charaktery, różną cierpliwość, czasami inne granice. Zdarza nam się nie zgadzać w kwestiach wychowawczych. Bo jesteśmy dwojgiem ludzi próbujących wychować czworo kolejnych, zupełnie różnych ludzi. I naprawdę nie sądzę, żeby rozwiązaniem naszych rodzicielskich problemów była „męska ręka”. Nie chcę zresztą wychowywać dzieci ani „męską”, ani „kobiecą ręką”.
Chcę wychowywać je w relacji.

Chcę wychowywać je w relacji
Chcę, żeby były granice.
Chcę, żeby były konsekwencje.
Chcę, żeby wiedziały, że nie wszystko im wolno i że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczynają się granice drugiego.
Ale chcę też rozmowy.
Słuchania.
Możliwości powiedzenia „stop”.
Przepraszania.
Naprawiania tego, co się zepsuło.
Chcę, żeby wiedziały, że dorosły też może się pomylić.
Że mama może powiedzieć:
„Przepraszam. Źle zareagowałam.”
I spróbować jeszcze raz.
To jest chyba dużo trudniejsze niż powiedzenie: „bo ja tak powiedziałam”.
Ale jest mi znacznie bliższe.
Czy to im wyjdzie na dobre?
Nie wiem.
To chyba jedna z najbardziej niewygodnych prawd mojego macierzyństwa.
Nie wiem, jakie będą skutki tego, co robię dzisiaj.
Nie wiem, czy za dwadzieścia lat moje dzieci uznają, że zrobiłam to dobrze. Pewnie będą miały do mnie o coś żal. Pewnie będą pamiętały sytuacje, których ja zupełnie nie będę pamiętać. Pewnie popełnię jeszcze mnóstwo błędów. Chcę jednak móc kiedyś powiedzieć sobie, że próbowałam je naprawdę widzieć. Nie wychować według prostego przepisu na „grzeczne dzieci”. Tylko poznać tych konkretnych ludzi, którzy mi się trafili. Czworo różnych.
Głośnych. Wkurzających. Czułych. Walczących. Przytulających się. Kochających się i chwilami niemogących na siebie patrzeć.
A czasami turlających się razem po trawie.
Life isn’t perfect, but it’s still yours to love
Życie nie jest idealne.
Rodzicielstwo też zdecydowanie nie jest.
I chyba nie jestem wdzięczna za każdą jego chwilę. Nie będę udawać, że z wdzięcznością przyjmuję trzecią awanturę przed śniadaniem. Ale jestem wdzięczna za to moje życie.
Za ten cały hałas.
Za pytania bez odpowiedzi.
Za możliwość zrobienia pewnych rzeczy inaczej niż robiono je kiedyś.
Za to, że mogę zmienić zdanie.
Przeprosić.
Spróbować jeszcze raz.
I nawet za ten mój ocean wątpliwości.
Bo może wątpliwości nie zawsze oznaczają, że nie wiem, co robię.
Może czasem oznaczają po prostu, że naprawdę obchodzi mnie, jak to robię.
A potem odkładam te wszystkie rozważania, patrzę przez okno i krzyczę:
„MÓWIŁAM, ŻE ZARAZ KTOŚ BĘDZIE PŁAKAŁ!”
I życie toczy się dalej.

Podobne wpisy
Jeśli trafia do Ciebie to, co piszę, zostań tu na dłużej.
Znajdziesz tu trochę normalności, trochę ciepła i trochę śmiechu przez łzy.
To nie jest blog o idealnym macierzyństwie.
To jest blog o mnie. O mamie, która stara się, jak może. Po swojemu, każdego dnia.
Poniżej znajdziesz bezpośrednie linki do kilku poprzednich wpisów z cyklu #zpamiętnikamamy. Dobrej lektury! Ściskam.
Z pamiętnika mamy, która… chce wszystkiego naraz
Z pamiętnika mamy, która… ma dość kultu „nienarzekania”
Z pamiętnika mamy, która… znowu się wspięła (tym razem na Ślężę).
Z pamiętnika mamy… która zaspała na własną wyprawę w góry
Z pamiętnika mamy, która nie chce spełniać oczekiwań całego świata.
Z pamiętnika mamy, która miała dziś nie krzyczeć…
Z pamiętnika mamy, która znów się spóźniła
Z pamiętnika mamy, która znowu zapomniała
Z pamiętnika mamy, która nie chce być szoferem
Z pamiętnika mamy, która pogubiła się w zmęczeniu
Z pamiętnika mamy, która żyje tu i teraz… prawie zawsze
Z pamiętnika mamy, która… korzysta z pomocy psychoterapeutki
Z pamiętnika mamy, która… dawała świetnie radę
P.S.
Jeśli ten wpis Cię rozbawił, poruszył albo sprawił, że poczułaś się mniej samotna w tym codziennym chaosie – możesz postawić mi choćby kawę. Każda kawa to bezcenna dla mnie wskazówka, że to, co tu piszę, przydaje się innym. A każde słowo uznania i to symboliczne „dziękuję” uskrzydla jak nie wiem co. 🙂


